"Relikt", amerykański horror (monster movie) z 1997 roku w reżyserii Petera Hyamsa.

fot. Łukasz Śmigiel 2026

Fabuła: Antropolog John Whitney, pracujący dla Muzeum Historii Naturalnej w Chicago, bada plemiona w dżunglach Ameryki Południowej. W czasie jednej z wypraw naukowiec natrafia na przerażający, prastary kult. Whitney znika w tajemniczych okolicznościach, a do muzeum dociera ładunek z posążkiem przedstawiającym dziwaczną bestię.

Nie jest to film pozbawiony wad, ale tak rzadko dostajemy wysokobudżetowy monster movie, który ma do tego całkiem przyzwoitą fabułę, że warto na dzieło Petera Hyamsa spojrzeć przychylnym okiem. Szczególnie że obraz powstał na podstawie bestsellerowej powieści, prezentuje niezłe efekty i broni się mocną obsadą. Wszystko to sprawia, że przynajmniej w czasie pierwszego seansu nie będą nas kłuły w oczy fabularne dziury i momenty, w których akcja niepotrzebnie zwalnia. Ale wszystko po kolei.

Scenariusz „Reliktu” pisało kilka osób. Zazwyczaj jest to sygnał ostrzegający przed tym, że fabularnie coś się nie kleiło. Tym razem było jednak inaczej. Wygląda na to, że scenarzyści zmagali się po prostu z trudnym zadaniem przełożenia obszernej prozy na język filmu. A znając choćby historię zmagań Stephena Kinga i Stanleya Kubricka, którzy pracowali nad „Lśnieniem” (1980), dobrze wiemy, że nie jest to łatwa sztuka.

Powieść „Relikt” (1995) to udane zderzenie horroru z thrillerem. Książkę napisał słynny autorski duet – Douglas Preston i Lincoln Child, dla którego ten właśnie tytuł był bestsellerowym debiutem i początkiem długiej, wspólnej kariery. Powieść wprowadziła do świata literatury postać ekscentrycznego agenta FBI – Aloysiusa Pendergasta, a jej fabułę szybko rozbudowano o kontynuację pt. „Relikwiarz” (1997). Wkrótce po premierze na książkę zwróciła uwagę słynna producentka Gale Anne Hurd (mająca w portfolio m.in. „Terminatora” oraz „Aliens”). Szczególnie interesujące wydało się jej nietypowe miejsce akcji – Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku – oraz niespotykane wyjaśnienie tego, skąd wziął się powieściowy potwór.

Niestety muzeum z Nowego Jorku, w obawie o reakcję zwiedzających (i będąc w sporze z jednym z autorów książki), nie pozwoliło na filmowanie na swoim terenie. Tak oto powieściową akcję trzeba było przenieść do Chicago. Scenarzystom niespecjalnie pasował także główny bohater książki – ekscentryczny śledczy przypominający zderzenie Sherlocka Holmesa z Johnem Constantinem. Koniec końców agent FBI Pendergast (który pojawia się w kolejnych kilkudziesięciu książkach i opowiadaniach) został całkowicie usunięty ze scenariusza. Jego miejsce zajął bardziej zrozumiały dla masowej publiczności detektyw z wydziału zabójstw – Vincent D’Agosta. Filmowego porucznika fantastycznie zagrał nieodżałowany Tom Sizemore, a do stworzenia jego postaci wykorzystano cechy aż dwóch powieściowych bohaterów. Wszystko to mogło się skończyć katastrofą, ale w przypadku „Reliktu” uproszczenia fabuły wyszły obrazowi na dobre. W filmie Hyamsa książkowa historia jest zwarta. Nie rozciągnięto jej na wiele lat, a wszystkie elementy intrygi zgrabnie domknięto, celowo rezygnując z otwartego zakończenia.

Reżyser Peter Hyams to doświadczony twórca, znany m.in. z pracy przy wielu niestandardowych projektach science-fiction, które z czasem stały się kultowe. Wystarczy przywołać jego kosmiczny western „Outland” (1981) z Seanem Connerym, odważną „Odyseję kosmiczną 2010” (1984) z Royem Scheiderem czy akcyjniaka pt. „Strażnik czasu” (1994) z Jeanem-Claudem Van Damme’em. Być może wspomniane projekty nauczyły go, jak dobierać obsadę. Wybory, których dokonał w przypadku „Reliktu”, okazały się bardzo trafione. Penelope Ann Miller, która wciela się w zbuntowaną, zadziorną biolog – doktor Margo Green, znamy z klasyków w rodzaju „Chaplina” (1993) czy „Drogi Carlita” (1994). Dobrze, że jej postać ma silny charakter i napędza akcję, bo inaczej mogłaby ją przysłonić równie mocna kreacja Toma Sizemore’a. Jego porucznik D’Agosta jest zgryźliwy, doświadczony, przesądny i oddany pracy. Na dodatek Sizemore potrafi być na ekranie czarującym twardzielem. To taki „dobry diabeł”, przypominający nieco Michaela Cheritto z „Gorączki” (1995). Sposób, w jaki mówi i porusza się na planie, natychmiast wzbudza naszą sympatię, a jego reakcje w czasie rozmowy z panią patolog w prosektorium to czyste złoto.

Duetowi Miller-Sizemore partnerują wyśmienici aktorzy drugoplanowi, m.in. Linda Hunt („Diuna”, 1984) i James Whitmore („Skazani na Shawshank”, 1994) w rolach naukowców i muzealników. O swój czas ekranowy walczą z nimi wyjątkowi aktorzy – samo muzeum oraz tytułowy „Relikt”, czyli potwór.

fot. Łukasz Śmigiel 2026

Muzeum Historii Naturalnej to niezwykła, fascynująca lokacja. Kto nie chciałby zobaczyć, co dzieje się w takim miejscu nocą, kiedy w dziesiątkach sal i korytarzy niedostępnych dla zwiedzających gasną światła? Naprawdę ciekawie jest podejrzeć, gdzie składuje się wszystkie tajemnicze artefakty, których akurat nie pokazano na wystawach, i zwiedzić muzealne laboratoria. Czy w takim miejscu rzeczywiście hoduje się specjalne gatunki żuków oczyszczających kości, a w wielkich kadziach gotuje się „zupę z mamuta”? „Relikt” pozwala nam zajrzeć naukowcom przez ramię i poznać niektóre z ich tajemnic, przez co film wydaje się jeszcze bardziej interesujący. Na dodatek wszystkie te podziemne tunele, ukryte pokoiki i mroczne zaułki skutecznie budują klimat mrocznej tajemnicy. Wraz z bohaterami wyraźnie odczuwamy narastające napięcie i zastanawiamy się, co by było, gdyby w muzeum rzeczywiście pojawił się seryjny morderca.

No właśnie – czym byłby dobry dreszczowiec bez zabójcy? Żeby wiarygodnie opowiedzieć historię o wielkim potworze grasującym po muzealnych korytarzach, trzeba było nieźle się nagimnastykować. Przy pracy nad scenariuszem z pewnością łatwo było o potknięcie i niezamierzony zwrot w stronę kina grozy klasy B, a co za tym idzie – można było przez pomyłkę zmarnować świetną obsadę i znakomite zdjęcia, nad którymi pracował sam Peter Hyams. Trzeba było wszystko tak obmyślić, aby masowa publiczność była w stanie uwierzyć w pokazaną na ekranie bestię. Udało się to dzięki dobremu pomysłowi na „narodziny potwora”, a także za sprawą efektów specjalnych przygotowanych przez studio Stana Winstona (odpowiedzialne m.in. za „Terminatora 2”, „Predatora” czy „Aliens”). Większość sztuczek CGI trzyma się nieźle do dziś (co ciekawe – w wersji Blu-ray wyglądają lepiej niż na DVD), ale szczególnie widowiskowo robi się, gdy kamera pokazuje potwora na zbliżeniach z zastosowaniem efektów praktycznych (makiet i animatronicznych kukieł). A jest co pokazywać, ponieważ tytułowy „Relikt” to bezwzględna bestia, nazywana przez plemiona Indian „Kothogą”. Stwór z legend, dziecko szatana, przyzywane przez mieszkańców dżungli, aby uprzykrzyć życie ich wrogom. W jaki sposób Kothoga się narodził i jak powiązano jego istnienie ze współczesną nauką – nie będę zdradzał. Dość powiedzieć, że pomysł jest równie unikalny jak w przypadku „Parku Jurajskiego” (1993) Spielberga czy „Obcego” (1979) Scotta.

Warto tu zaznaczyć, że „Relikt” to przygodowy thriller i brutalny horror zarazem. Liczba urwanych i obciętych głów jest tu doprawdy rekordowa, a kolejne sceny dekapitacji są coraz bardziej pomysłowe. Wrażenie zrobi na was zarówno kameralny atak w muzealnej toalecie, jak i pokazane z rozmachem starcie potwora z policyjną grupą SWAT.

Biorąc pod uwagę wszystkie mocne strony filmu, „Relikt” powinien był osiągnąć sukces, ale pod względem box-office obraz Hyamsa okazał się niestety klapą. W roku 1997 musiał bowiem zmierzyć się na ekranach kin ze sporą konkurencją – szczególnie jeśli chodzi o horrory. Na przestrzeni zaledwie kilku miesięcy premierę miały m.in.: „Obcy: Przebudzenie”, „Koszmar minionego lata”, „Ukryty wymiar”, „Amerykański wilkołak w Paryżu”, „Krzyk 2” oraz „Cube”. „Relikt” miał więc niewielkie szanse na to, aby stać się wielkim, wakacyjnym przebojem końca lat 90., ale przynajmniej zestarzał się z godnością i coraz częściej ocenia się go w kategoriach dzieła kultowego, do którego warto wracać.


fot. Łukasz Śmigiel 2026

Co jeszcze dobrego? Soundtrack Johna Debneya (odpowiedzialnego m.in. za „Predators” czy „Iron Man 2”) mocno wyróżnia się na plus, a filmowy motyw przewodni łatwo wpada w ucho, skutecznie budując klimat grozy i tajemnicy. Warto też zaznaczyć, że w obrazie pojawia się kilka całkiem zabawnych dialogów (odsyłam do wspomnianej już rozmowy z panią patolog, a także do telefonicznych utarczek słownych porucznika D’Agosty z burmistrzem).

Podsumowując: „Reliktowi” zabrakło naprawdę niewiele, aby od razu stać się pozycją kultową. Oglądając ten film, nie spodziewajcie się trzęsienia ziemi, ale bardzo solidnego monster movie z trzymającymi poziom kreacjami aktorskimi, oryginalnym potworem, ciekawym miejscem akcji i dobrymi efektami specjalnymi. A po seansie warto sięgnąć po książki Prestona i Childa. Nie są to może literackie arcydzieła, ale do czytania na plaży sprawdzą się idealnie.

Any last words? Jeśli się nad tym spokojnie zastanowić, „Relikt” ma w sobie sporo z klimatu erpegowego systemu „Zew Cthulhu”, opartego na prozie H.P. Lovecrafta.

Dla kogo nie jest ten film? Z pewnością dla tych, którzy nie przepadają za historiami o potworach. Z seansu wybiegną także ci, którzy wzdrygają się na widok ludzkich dekapitacji i boją się spędzić noc... w muzeum.

„Relikt” otrzymuje solidne 4,5 na 6 Bloody Mary.


All rights reserved by Łukasz Śmigiel 2026.
Tekst, zdjęcia i grafiki by Łukasz Śmigiel.
No AI was used while making this blog.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Nightwatch", amerykański thriller z 1997 roku w reżyserii Ole Bornedala.

"Terrifier", amerykański slasher z 2016 roku w reżyserii Damiena Leone.

„House of Wax", amerykański horror (slasher, splatter, torture porn) z 2005 roku w reżyserii Jaume Collet-Serry.