"Terrifier", amerykański slasher z 2016 roku w reżyserii Damiena Leone.
![]() |
| fot. Śmigiel 2025 |
PLOT: Dwie dziewczyny – Tara i Dawn, wracają nocą z suto zakrapianej imprezy halloweenowej. Po drodze, natykają się na osobnika w przebraniu koszmarnego clowna, który zaczyna podążać ich śladem.
"Terrifier" nie jest horrorem dla każdego. Nie zaczynałbym od tego filmu przygody z kinem grozy, a jednak, bez zastanowienia, umieściłem go na osobistej i subiektywnej liście 1001 horrorów, które warto zobaczyć przed śmiercią. Jest ku temu przynajmniej kilka dobrych powodów, ale zacznijmy od... minusów.
Fabuła obrazu (jakby zainspirowana którąś z miejskich legend), wydaje się szczątkowa, wręcz pretekstowa, a dialogi można spisać na jednej kartce scenariusza i raczej nie będziemy ich pamiętać. Podobnie rzecz ma się, z bardzo minimalistyczną oprawą muzyczną – nic specjalnego. "Terrifier" wziął się zresztą z oszczędnego kina autorskiego, z malutkich etiud, dzięki którym Damien Leone uczył się reżyserskiego fachu, i którymi przez wiele lat przekonywał do swoich pomysłów fanbazę oraz ciała producenckie. Jego dzieło nie jest jednak ani postmodernistycznym odkryciem na miarę „Krzyku” (Wes Craven, 1996), ani pobłogosławionym przez Tarantino, eksperymentem, pokroju „Hostelu” (Eli Roth, 2005). "Terrifier" wydaje się czymś w rodzaju, kolejnego kroku na drodze ewolucji slasherów. I teraz, w zasadzie, będą już tylko same pochwały...
Film Leone, choć stworzony przez reżysera, który urodził się w 1984 roku, a zatem - wychował się na grozie lat 80. i 90., tylko nieznacznie kłania się klasykom w stylu „Koszmaru z ulicy Wiązów” (Wes Craven, 1984), „Piątku 13” (Sean S. Cunningham, 1980) i „Halloween” (John Carpenter, 1978). Reżyser wydaje się bowiem rozumieć, że musi pokazać coś więcej, bo dzisiejsza publiczność – narkomani social-mediów, potrzebuje czegoś naprawdę mocnego, aby nimi wstrząsnąć.
A skoro horror ma w tym wypadku za zadanie, poruszyć widownię, która widziała "on-line" już prawie wszystko, "Terrifier" nie bierze jeńców i uderza w nas wizualnie oraz emocjonalnie silniej, niż cały cykl o Freddiem Krugerze. Film, który kosztował zaledwie 55 tys. dolarów, jest także pokazem możliwości reżysera, jeśli chodzi o tworzenie realistycznych, wykonywanych tradycyjnie, efektów specjalnych. Oglądając obraz Leone, przygotujcie się więc na potężną dawkę bardzo przekonująco i naturalistycznie zaprezentowanej przemocy.
Filmowe slashery słyną z pomysłowych scen zabijania bohaterów. "Terrifier" postawił tu dość wysoko poprzeczkę i możecie być pewni, że zobaczycie w tym obrazie krwawe akcje rodem z najgorszych koszmarów (chyba, że od lat gustujecie w filmowym torture porn). Na szczęście, Damien Leone gra nie tylko przemocą, ale umiejętnie rozbudza także nasze lęki. Poczujecie więc na własnej skórze bezradność mordowanych bohaterów i bohaterek, zajrzycie złu prosto w paszczę pełną niedomytych zębów, a na koniec (w przeciwieństwie do większości slasherów), nie przeżyjecie katharsis i wcale nie poczujecie się lepiej. Zaprawdę powiadam wam - ratunku nie będzie. Kiedy oglądałem ten film po raz pierwszy, zupełnie mnie odrzucił. Nie rozumiałem wtedy, co twórca tego obrazu chce osiągnąć. Dziś, znając fabułę części drugiej i trzeciej - rozumiem i przyklaskuję pomysłom Leone.
"Terriefier" bez wątpienia jest filmem, którego potrzebowała nowa, młoda fanbaza kina grozy. Horrory mają wstrząsać widownią. Powinny przypominać nam o tym, jaki okropny i okrutny jest świat, w którym żyjemy. "Terriefier" ma zatem za zadanie pozbawić nas złudnego wrażenia bezpieczeństwa i spokoju. Ma uderzyć w iluzję, w której żyje część z nas, sądząc, iż ratunkiem przed złem, jest zamknięcie się we medialnej bańce i ukrycie pod ciepłym kocem. Obraz Leone obala mit, że wszystko będzie OK. Nie będzie dobrze, bo nigdy nie miało tak być. I wiecie o tym tak samo jak ja i reżyser tego obrazu. Wystarczy przeczytać dowolny nagłówek z porannej prasy, aby się o tym przekonać.
Czy nocny powrót dwóch pijanych koleżanek z halloweenowej imprezy, przemierzających peryferia miasta, może skończyć się aż tak źle? Oczywiście. Czy telefony komórkowe, dzięki którym żyjemy w przekonaniu, że można zawsze wezwać pomoc, ocalą bohaterów i bohaterki – niestety, nie. Czy okaże się, że zło ma jakieś skrupuły i że warto być wobec niego tolerancyjnym? Absolutnie, nie. "Terriefier" pozbawia nas złudzeń, co do natury świata. Dobrze już było i lepiej nie będzie.
A zatem, horror Leone znakomicie spełnia swoją rolę – przeraża nas, aby jednocześnie przestrzegać przed czającym się wszędzie złem. Okropnościami, których nadejścia nic nie zapowiada i których nie da się całkowicie pokonać. To jednak nie wszystko, bo o wyjątkowości tego obrazu zadecydowało jeszcze kilka smaczków. Po pierwsze – morderca z okładki, nie odzywający się ani słowem, ale diablo charakterny, Art the Clown. Z jednej strony, wydaje się, że znamy ten typ postaci bardzo dobrze, ale aktorski, pantomimiczny popis, wcielającego się w jego rolę, Davida Howarda Thortona, to coś, co na długo pozostaje w pamięci. Po drugie - sposób filmowania, który przywodzi na myśl produkcje typu exploitation z lat 70. i wzmacnia mroczny przekaz całości. I po trzecie, delikatnie zarysowany pod koniec, wątek fantastyczny, który sprawia, że film miesza ze sobą estetykę realistycznej „Piły” i wspomnianego już, mocno fantastycznego „Koszmaru z Ulicy Wiązów”. Taki miks to strzał w dziesiątkę. Nagłe złagodzenie bezkompromisowego, brutalnego realizmu "Terrifiera", motywem czegoś co jest „nie z tego świata” - ratuje film przed zaszufladkowaniem go jako płytkie, nastawione na szokowanie torture porn.
![]() |
| fot. Śmigiel 2025 |
Podsumowując - "Terriefier" z pewnością nie jest dla każdego, ale mamy tu do czynienia z horrorem, który zdaje się odpowiadać na współczesne potrzeby publiczności i przez pryzmat sukcesu całej serii, pokazuje jacy dziś jesteśmy. Film Leone przeraża nas, przypominając, że warto się bać, bo strach może ocalić niejedno życie.
Kto nie powinien oglądać tego horroru? Z pewnością, ludzie wrażliwi na przegiętą i realistycznie pokazaną przemoc oraz sceny tortur. Jak również ci, którzy nie lubią się bać i oczekują samych happy endów. Nie jest to horror do piwa, a jednak – radzę, aby nie oglądać go samemu, bo może was emocjonalnie przytłoczyć.
"Terriefier" otrzymuje 5 z 6 Bloody Mary.
ZOBACZ RECENZJĘ W WERSJI WIDEO NA YOUTUBE I SUBSKRYBUJ KANAŁ:
All rights reserved by Łukasz Śmigiel 2025.
Tekst, zdjęcia i grafiki by Łukasz Śmigiel.
No AI was used, while making this blog.


Komentarze
Prześlij komentarz