"Nightwatch", amerykański thriller z 1997 roku w reżyserii Ole Bornedala.

fot. Łukasz Śmigiel 2026

Fabuła: Miasto terroryzuje seryjny morderca. Tropy w policyjnym śledztwie prowadzą do prosektorium, w którym zaczyna pracować młody student prawa – Martin Bells.

„Nightwatch” mógł być totalną klapą, i to przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze, doceniany oryginał powstał w Danii w 1994 roku, a Amerykanie – jak to Amerykanie – postanowili zrobić wszystko jeszcze raz, po swojemu. Po drugie, producentami nowej wersji zostali przeklęci bracia Weinstein, a po zakończeniu zdjęć zarządzono liczne dokrętki i przeróbki na etapie postprodukcji. Szczęśliwie okazało się jednak, że nawet Weinsteinom trudno było popsuć tak dobry scenariusz, a film ponownie wyreżyserował autor oryginału – Duńczyk Ole Bornedal.

Reżyser z dużą dokładnością powtórzył niemal wszystkie ważne sceny z pierwowzoru. Zadbał też o udział kompozytora muzyki z duńskiej wersji (Joachim Holbek) oraz wsparcie rodzimej ekipy filmowej. Przypilnował nawet tego, aby na planie używać tych samych rekwizytów. Jak się okazało, nie zawiedli również nowi aktorzy, którzy w ten czy inny sposób zrozumieli artystyczne ambicje Duńczyka.


fot. Łukasz Śmigiel 2026

Na dodatek, jeżeli na ekranie spotykają się (wtedy jeszcze bardzo młodzi) Ewan McGregor, Patricia Arquette, Lauren Graham i Josh Brolin, a wspomagają ich tacy filmowi wyjadacze jak Nick Nolte, Brad Dourif i John C. Reilly, to możemy śmiało założyć, że na planie będzie iskrzyło. I rzeczywiście – ich role w „Nightwatch” nie są może oscarowe, ale trzeba przyznać, że na potrzeby tego kameralnego thrillera wszyscy wymienieni stworzyli oryginalne i ciekawe kreacje.

Największe wrażenie robi Brolin, który ma także najciekawszą postać do zagrania – młodego faceta zmagającego się z kryzysem egzystencjalnym i brakiem celu w życiu. Przyszły Thanos wciela się tu w rolę najlepszego przyjaciela głównego bohatera, Jamesa, który przypadkiem wciąga go w niebezpieczną grę z seryjnym mordercą.

Fabuła kręci się wokół nowej pracy Martina, biednego studenta prawa, który decyduje się dorabiać nocnymi dyżurami w miejskim prosektorium. To niezwykłe miejsce szybko staje się dodatkowym bohaterem filmowej historii. Aby gładko przełknąć scenariusz, trzeba wprawdzie przymknąć oko na pewne uproszczenia – np. dziurawy system ochrony placówki, który nawet w latach 90. byłby zapewne nieco bardziej skomputeryzowany i doposażony w kamery, czytniki kart czy automatyczne oświetlenie.

Wszystkie te niedopatrzenia pomagają jednak w zbudowaniu niesamowitej atmosfery – w szczególności samego prosektorium – i dlatego można na nie przymknąć oko. Zamiast szukać dziury w całym, warto zatem wziąć głęboki oddech i poznać to niezwykłe miejsce razem z Martinem.


fot. Łukasz Śmigiel 2026

Zaintrygują nas rosnące przy budynku wielkie drzewa, które z jakiegoś powodu owinięto czarną folią (nieustannie szarpaną przez wiatr). Odwiedzimy samotny pokoik ochrony, gdzie waszą uwagę przykuje tajemnicze zdjęcie wiszące na ścianie. To fotografia mężczyzny czekającego na wyrok śmierci (który wygląda zupełnie jak Marek Grechuta!). Tak na marginesie – ten człowiek (jeśli wierzyć internetowym źródłom) to Lewis Thornton Powell, współkonspirator Johna Wilkesa Bootha, zabójcy prezydenta Lincolna.

Zajrzymy również do pokoi z akwariami, w których coś dziwnego pływa w formalinie. Wraz z bohaterem będziemy przemierzali długie korytarze z migającymi świetlówkami, a na samym końcu czeka nas wizyta w ogromnej sali pełnej świeżych zwłok. Widzimy to wszystko i od razu zastanawiamy się: czy tak właśnie będzie wyglądało podobne miejsce po naszej śmierci?

Wszystko, co powyżej opisałem – każdy z tych szczegółów – buduje niezwykły klimat „Nightwatch” i sprawia, że błyskawicznie wsiąkamy w mroczną historię. Chcemy wspólnie z Martinem odkryć tajemnicę prosektorium. Pragniemy poznać mroczną przeszłość tego miejsca i legendę o byłym nocnym stróżu, który być może cierpiał na nekrofilię. No właśnie... motyw seksu z trupem nie jest zbyt często wykorzystywany w kinie grozy, a w „Nightwatch” uczyniono go centralnym punktem kryminalnej zagadki.

fot. Łukasz Śmigiel 2026

Także pojawiający się co chwilę nieuchwytny seryjny morderca stale podnosi nam ciśnienie. Od jego krwawego rytuału włosy jeżą się na karku. Ofiary zwyrodnialca muszą udawać zwłoki, a w kulminacyjnym momencie psychol wycina im oczy. Dodajcie do tego klasyczną piosenkę pt. „Did You Ever See a Dream Walking?”, puszczaną przez mordercę w kluczowych chwilach, i gwarantuję wam, że emocje z oglądania „Nightwatch” będą bliskie tym, które znamy z „Siedem” (1995) Davida Finchera.

Mimo że film wyprodukowali Amerykanie, a studio wymusiło postprodukcyjne zmiany (m.in. dodano sekwencję otwierającą obraz), cały czas czuć, że za projektem stali Europejczycy. Sposób pracy kamery, światło, kolorystyka – wszystko jest tu trochę inne niż zwykle, mniej typowe dla standardowych produkcji Miramaxu z tamtych lat. Oryginalny „Nightwatch” również jest godny polecenia i ma kilka dodatkowych, rozbudowanych wątków, ale amerykańska wersja zdecydowanie zyskała na przebojowości.

Obraz godnie się zestarzał. Nie ma w nim żadnych efektów komputerowych, a te przygotowane praktycznie wykonano pomysłowo i realistycznie. Tutaj przede wszystkim liczą się postacie i ich konflikty, dobrze napisane dialogi, ciekawie pomyślane sekwencje grozy oraz nagłe zwroty akcji. Przy ekranie zatrzymają nas na dłużej trudne relacje pomiędzy bohaterami oraz pokazana w inteligentny sposób brutalna przemoc. Na samą myśl o scenie, w której morderca podnosi do góry ofiarę i zadaje jej kolejne ciosy nożem, od razu robi mi się zimno.

Głównym problemem amerykańskiej wersji filmu jest skrócony czas ekranowy, który dostała obsada. McGregor pokazuje się jako sympatyczny i wiarygodny bohater, ale wokół niego tyle się dzieje, że aktor po prostu nie ma kiedy zabłysnąć czymś więcej niż tylko zestawem min, które pamiętamy z „Trainspotting” (1996, reż. Danny Boyle). Patricia Arquette, która znakomicie gra emocjami, także nie może rozwinąć skrzydeł przez obcięty screen time. Zostawiono za mało interakcji pomiędzy Bradem Dourifem i McGregorem oraz Brolinem i Lauren Graham, a Johna C. Reilly’ego nawet nie wymieniono w napisach (nie wiem, jak to możliwe!). Na dokładkę Nick Nolte i Josh Brolin swoimi kreacjami dosłownie kradną show, sprawiając, że prawie zapominamy, kto w tym filmie jest głównym bohaterem.

A zatem „Nightwatch” to nie kaliber „Milczenia owiec” (1991, reż. Jonathan Demme) czy „Zodiaka” (2007, reż. David Fincher) i film miewa swoje wzloty i upadki, ale jak na kameralny, nieco zapomniany thriller wciąż broni się znakomicie i jest zdecydowanie warty waszego czasu. Koniecznie oglądajcie go nocą, w pustym mieszkaniu i z podkręconymi głośnikami.

fot. Łukasz Śmigiel 2026

Any last words? Po obejrzeniu wersji amerykańskiej warto poszukać oryginału (niestety trudno znaleźć wersję z polskimi lub choćby angielskimi napisami). Co ciekawe, stosunkowo niedawno w Danii ukazała się kolejna część „Nightwatch”, w której śledzimy losy córki Martina, a całość ma spory potencjał serialowy.

Dla kogo nie jest ten film? Osoby, które nie znoszą widoku trupów, boją się prosektoriów, mają słabe nerwy i kiepsko radzą sobie ze scenami przemocy oraz silnego napięcia emocjonalnego, powinny odpuścić sobie ten seans.

PS. Zwróćcie także uwagę na świetny soundtrack w stylu lat 90., m.in. z utworami The Chemical Brothers, Garbage oraz R.E.M.

„Nightwatch” otrzymuje stężone 5 na 6 Bloody Mary.

All rights reserved by Łukasz Śmigiel 2026.
Tekst, zdjęcia i grafiki by Łukasz Śmigiel.
No AI was used while making this blog.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Terrifier", amerykański slasher z 2016 roku w reżyserii Damiena Leone.

"Aligator", amerykański horror (animal attack) z 1980 roku w reżyserii Lewisa Teague.