"Nightwatch", amerykański thriller z 1997 roku w reżyserii Ole Bornedala.
Fabuła: Miasto terroryzuje seryjny morderca. Tropy w policyjnym śledztwie prowadzą do prosektorium, w którym zaczyna pracować młody student prawa – Martin Bells.
„Nightwatch” mógł być totalną klapą i to przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze, doceniany oryginał, powstał w Danii w 1994, a Amerykanie, jak to Amerykanie - postanowili zrobić wszystko jeszcze raz, po swojemu. Po drugie, producentami nowej wersji, zostali przeklęci Weinsteinowie, a po zakończeniu zdjęć - zarządzono liczne dokrętki i przeróbki na etapie postprodukcji. Szczęśliwie, okazało się jednak, że nawet Weinsteinom trudno było popsuć bardzo dobry film, który ponownie nakręcił autor oryginału - Duńczyk Ole Bornedal.
Reżyser z dużą dokładnością powtórzył niemal wszystkie ważne sceny z oryginału, zadbał też o udział oryginalnego kompozytora muzyki (Joachim Holbek) i wsparcie rodzimej ekipy filmowej. Przypilnował nawet tego, aby używać tych samych propsów na planie. Jak się okazało, nie zawiedli również nowi aktorzy i aktorki, którzy w ten, czy inny sposób – zrozumieli filmowe ambicje Duńczyka.
Na dodatek, jeżeli na ekranie spotykają się (wtedy jeszcze bardzo młodzi) - Ewan McGregor, Patricia Arquette, Lauren Graham i Josh Brolin, a wspomagają ich tacy filmowi wyjadacze, jak Nick Nolte, Brad Dourif i John C. Reilly... to możemy śmiało założyć, że na planie będzie iskrzyło. I rzeczywiście – ich role w „Nightwatch” nie są może oscarowe, ale trzeba przyznać, że na potrzeby tego kameralnego thrillera, wszyscy wymienieni, stworzyli oryginalne i ciekawe kreacje.
Największe wrażenie robi Brolin, który ma także najciekawszą postać do zagrania - młodego faceta, który zmaga się z kryzysem wiary i brakiem sensu. Przyszły Thanos, wciela się tu w rolę najlepszego przyjaciela głównego bohatera, Martina (McGregor), który przypadkiem wciąga go w niebezpieczną grę z seryjnym mordercą.
Fabuła, kręci się dookoła nowej pracy Martina, biednego studenta prawa, który decyduje się dorabiać nocnymi dyżurami w miejskim prosektorium. To niezwykłe miejsce, szybko staje się dodatkowym bohaterem filmowej historii. Aby gładko przełknąć fabułę, trzeba wprawdzie przymknąć oko na pewne uproszczenia – np. dziurawy system ochrony takiej placówki, który nawet w latach 90. byłby zapewne nieco bardziej skomputeryzowany i doposażony w kamery, czytniki kart i automatyczne oświetlenie.
Wszystkie te niedopatrzenia pomagają jednak w zbudowaniu niesamowitej atmosfery filmu, a w szczególności – samego prosektorium i dlatego, można na nie przymknąć oko. Zamiast szukać dziury w całym, warto zatem wziąć głęboki oddech i poznać to niezwykłe miejsce razem z Martinem.
Zastanowią nas, rosnące przy budynku, wielkie drzewa, które z jakiegoś powodu owinięto czarną folią (nieustannie szarpaną przez wiatr). Odwiedzimy samotny pokoik ochrony, gdzie zaintryguje was tajemnicze zdjęcie, wiszące na ścianie. Jest to fotografia mężczyzny, który czeka czeka na wyrok śmierci (i wygląda jak Marek Grechuta!). Tak na marginesie – ten człowiek (jeśli wierzyć internetowi), to Lewis Thornton Powell, facet, który współpracował z Johnem Boothem, zabójcą prezydenta Lincolna.
Zajrzymy również do pokoi z akwariami, w których coś dziwnego pływa w formalinie. Wraz z bohaterem, będziemy przemierzali długie korytarze z migającymi świetlówkami, a na samym końcu - czeka nas wizyta w ogromnej sali, pełnej świeżych zwłok. Widzimy to wszystko i od razu zastanawiamy się - czy tak to będzie wyglądało po naszej śmierci?
Wszystko, co powyżej opisałem - każdy z tych szczegółów - buduje niezwykły klimat „Nightwatch” i sprawia, że błyskawicznie wsiąkamy w mroczną fabułę. Chcemy wspólnie z Martinem, odkryć tajemnicę prosektorium, pragniemy poznać mroczną przeszłość tego miejsca i legendę o byłym nocnym stróżu, który (być może) cierpiał na nekrofilię. No właśnie... motyw seksu z trupem, nie jest zbyt często wykorzystywany w kinie grozy, a w „Nightwatch” uczyniono go centralnym motywem kryminalnej zagadki.
Także, pojawiający się co chwilę – nieuchwytny, seryjny morderca, stale podnosi nam ciśnienie. Od jego krwawego rytuału, włosy jeżą się na karku. Ofiary zwyrodnialca muszą udawać zwłoki, a w kulminacyjnym momencie, psychol wycina im oczy. Dodajcie do tego klasyczną piosenkę, pt. "Did You Ever See a Dream Walking?", puszczaną przez mordercę w kulminacyjnym momencie i gwarantuję wam, że emocje z oglądania "Nightwatch", będą bliskie tym, które znamy z „Siedem” (1995) Davida Finchera.
Mimo, że film wyprodukowali Amerykanie, a studio wymusiło postprodukcyjne zmiany (m.in. dodano sekwencję otwierającą obraz), cały czas czuć, że za projektem stali Europejczycy. Sposób pracy kamery, światło, kolorystyka - wszystko jest tu trochę inne niż zwykle, mniej typowe dla standardowych produkcji Miramaxu z tamtych lat. Oryginalny „Nichtwatch” również jest godny polecenia i ma kilka dodatkowych, rozbudowanych wątków, ale amerykańska wersja, zdecydowanie zyskała na przebojowości.
Obraz godnie się zestarzał. Nie ma w nim żadnych efektów komputerowych, a te przygotowane praktycznie - wykonano pomysłowo i realistycznie. Tutaj, przede wszystkim liczą się postacie i ich konflikty, dobrze napisane dialogi, ciekawie pomyślane sekwencje grozy oraz nagłe zwroty akcji. Przy ekranie, zatrzymają nas na dłużej - trudne relacje pomiędzy bohaterami oraz pokazana w inteligentny sposób, brutalna przemoc. Na samą myśl o scenie, w której morderca podnosi do góry ofiarę i zadaje jej kolejne ciosy nożem, od razu robi mi się zimno.
Głównym problemem amerykańskiej wersji filmu jest skrócony czas ekranowy, który dostała obsada. McGregor pokazuje się jako sympatyczny i wiarygodny bohater, ale dokoła niego tyle się dzieje, że aktor, po prostu nie ma kiedy zabłysnąć czymś więcej, niż tylko zestawem min, które pamiętamy z „Trainspotting” (1996, reż. Danny Boyle). Patricia Arquette, która znakomicie gra emocjami, także nie może rozwinąć skrzydeł przez obcięty screen time. Zostawiono za mało interakcji pomiędzy Bradem Dourifem i McGregoren oraz Brolinem i Lauren Graham, a Johna C. Reilliego nawet nie wymieniono w napisach (nie wiem jak to możliwe!). Na dokładkę - Nick Nolty i Josh Brolin, swoimi kreacjami, dosłownie kradną show, sprawiając, że prawie zapominamy - kto w tym filmie jest głównym bohaterem.
A zatem – „Nightwatch”, to nie kaliber „Milczenia owiec” (1991, reż. Jonathan Demme), czy „Zodiaka” (2007, reż. David Fincher) i film miewa swoje „ups and downs”, ale jak na kameralny, nieco zapomniany thriller – wciąż broni się znakomicie i jest zdecydowanie warty waszego czasu. Koniecznie oglądajcie go nocą, w pustym mieszkaniu i z podkręconymi głośnikami.
Any last words? Po obejrzeniu wersji amerykańskiej, warto poszukać oryginału (niestety, trudno znaleźć wersję z angielskimi napisami). Co ciekawe, stosunkowo niedawno, w Danii, ukazała się kolejna część "Nightwatch", w której śledzimy losy córki Martina, a całość ma spory, potencjał serialowy.
Dla kogo nie jest ten film? Osoby, które nie znoszą widoku trupów, boją się prosektoriów, mają słabe nerwy i kiepsko radzą sobie ze scenami przemocy oraz silnego, emocjonalnego napięcia - powinny odpuścić sobie oglądanie "Nightwatch".
PS. Zwróćcie także uwagę na soundtrack w stylu 90s, m.in. z utworami The Chemical Brothers, Garbage oraz R.E.M.
"Nightwatch" otrzymuje stężone 5 z 6 krwawych Mary.
All rights reserved by Łukasz Śmigiel 2026.
Tekst, zdjęcia i grafiki by Łukasz Śmigiel.
No AI was used while making this blog.





Komentarze
Prześlij komentarz