"Aligator", amerykański horror (animal attack) z 1980 roku w reżyserii Lewisa Teague.

fot. Łukasz Śmigiel 2025

Fabuła: W Chicago ludzie zaczynają ginąć w tajemniczych okolicznościach. Śledztwo w tej sprawie prowadzi detektyw David Madison, z którym nikt nie chce współpracować, ponieważ w niejasnych okolicznościach stracił swojego dotychczasowego partnera. Poszlaki, na które trafia policjant, jednoznacznie wskazują, że w miejskich kanałach grasuje potężny gad. Dzielnemu detektywowi nikt nie chce jednak uwierzyć.

„Aligator” z 1980 roku w reżyserii Lewisa Teague (znanego z takich produkcji jak „Cujo”, „Oko kota”, „Komando Foki” czy „Klejnot Nilu”) to bezwstydnie pulpowa, ale niezwykle udana wariacja na temat kultowych „Szczęk” (1975) Stevena Spielberga. Co ciekawe, spośród dwóch głośnych filmów zainspirowanych klasykiem o rekinie zabójcy, które powstały w podobnym czasie – mowa o „Piranii” Joe Dantego (1978) oraz właśnie „Aligatorze” – sam Spielberg zdecydowanie wyżej ceni historię o monstrualnym gadzie z Chicago.

I trudno mu się dziwić. Choć „Aligator” nie powstał na bazie pretensjonalnego, ambitnego scenariusza, to obraz Teague posiada w sobie unikalny urok rozrywkowego kina samochodowego, które Spielberg uwielbiał od czasów swojego słynnego „Pojedynku na szosie” (1971). Poza tym opowieść o grasującym w miejskich kanałach krokodylu gigancie broni się jako pełen dynamicznej akcji storytelling – w sam raz do opowiedzenia przy ognisku. Scenariusz luźno nawiązuje do słynnych amerykańskich legend miejskich o potworach z kanalizacji, które zyskały ogromną popularność w USA od lat 60. To właśnie wtedy dwie amerykańskie firmy wpadły na pomysł, aby sprzedawać żywe, malutkie aligatory jako... zwierzątka idealne dla dzieci. Niezadowoleni z nietypowego prezentu rodzice nagminnie spuszczali gady w toaletach lub bezmyślnie wypuszczali je do rzek, co stało się fundamentem dla setek wyssanych z palca opowieści. Abstrahując jednak od samych urban legends, scenarzyści filmu (John Sayles oraz Frank Ray Perilli) zadbali o dość logiczne i realistyczne jak na tamte lata wyjaśnienie, z jakiego powodu tytułowe zwierzę osiągnęło tak monstrualne rozmiary i stało się śmiertelnym zagrożeniem dla ludzi.

Jeśli chodzi o konstrukcję bohaterów, „Aligator” – zamiast być ordynarną, bezduszną kopią – wyewoluował w swoisty, pełen szacunku hommage dla pomysłów Spielberga. Podobnie jak w słynnym dreszczowcu o rekinie, tak i tutaj fabuła bierze początek od makabrycznego odnalezienia niekompletnych szczątków pierwszych ofiar, a w śledztwo angażuje się doświadczony, zmęczony życiem stróż prawa po czterdziestce (w tej roli jak zawsze fantastyczny Robert Forster). Burmistrz miasta, w którym rozgrywa się krwawy dramat, to podręcznikowy, bezwzględny cynik skupiony wyłącznie na pomnażaniu miejskich funduszy, a głównemu bohaterowi pomaga biolog specjalista. W tym wypadku nie mamy jednak do czynienia z kolejną wersją Matta Hoopera, lecz z błyskotliwą Marisą Kendall, graną świetnie przez Robin Riker. Na potwora zapoluje także ekscentryczny, zawodowy łowca i były wojskowy, w którego wcielił się Henry Silva. Choć postaci tej sporo brakuje do ikonicznego kapitana Quinta ze „Szczęk”, to sam wyraz twarzy Silvy oraz jego magnetyczny sposób mówienia z pewnością przyprawią Was o dreszcze.

fot. Łukasz Śmigiel 2025

Trzeba przyznać, że główne postacie odmalowano nad wyraz wiarygodnie i każda z nich ma konkretną motywację dla podjętych działań. Detektyw David Madison jest gliniarzem po przejściach (podobnie jak postać grana u Spielberga przez Roya Scheidera), z którym nikt nie chce pracować, a wspiera go już tylko wiecznie zachrypnięty szef. Tymczasem pani biolog wciąż mieszka ze swoją matką i czeka na przełomowy moment w życiu, aby z niedojrzałej sceptyczki zamienić się w gotową do działania heroinę. Dobrze, że jej relacja z Dawidem nie jest przesłodzona, a Robin Riker nie gra tu typowej, bezradnej damy w opałach.

Routinely i sam potwór – tytułowy aligator, pieszczotliwie określany na planie zdjęciowym mianem „Ramona” – świetnie odegrał swoją rolę i godnie się zestarzał. Tak jak w przypadku filmowych „Szczęk”, jego mechaniczna kukła nie chciała współpracować z filmowcami, przez co trzeba było wdrożyć innowacyjne rozwiązania, aby pokazać bestię bez angażowania wadliwej animatroniki. Zamiast topornej makiety dostajemy więc znany z klasycznych thrillerów widok z oczu drapieżnika, któremu towarzyszy charakterystyczny, niepokojący motyw przewodni (main theme). Znakomicie wypadają sceny ze zbliżeniami na rozwartą paszczę i uderzający ogon, które to rekwizyty zbudowano osobno od podstaw. Najlepiej sprawdzają się jednak ujęcia z prawdziwym, żywym aligatorem, którego filmowano w otoczeniu miniaturowych elementów miasta. Momenty, gdy zwierzę niczym Godzilla majestatycznie przechadza się ulicami, niespiesznie mijając pomniejszone samochody, ławki i latarnie, albo gdy niespodziewanie wyłania się z kanałów, nadal robią ogromne wrażenie. Twórcom wyraźnie przyświecała święta zasada kina grozy: im mniej pokazujesz, tym bardziej ludzie się boją.

Napięcie skutecznie budują sceny poszukiwań bestii w mrocznych studzienkach, kiedy to zupełnie nagle groźny pysk mignie nam gdzieś w tle za plecami bohaterów. Nieźle zadziałał też fabularny pomysł podebrany z drugiej części „Szczęk” – mowa o sekwencji, w której z nadgryzionego przez bestię aparatu fotograficznego udaje się wydobyć niepokojące kadry. Z kolei w innej ze scen Robert Forster przegląda ryciny aligatorów dokładnie tak, jak Roy Scheider wertował niegdyś albumy o rekinach. Wszystkie te sprytne rozwiązania w stylu „pokazuj, niewiele wyświetlając” idealnie spełniają swoją funkcję i sprawiają, że po latach film wizualnie niewiele stracił. Mając dobrą historię, nie trzeba bowiem cyfrowych fajerwerków CGI, aby odpowiednio podkręcić wyobraźnię widza.

Uspokajam jednak i zapewniam, że w „Aligatorze” nie brakuje także mocnych, krwawych i nad wyraz dosłownych scen gore. Najbardziej zapada w pamięć sekwencja totalnego armagedonu podczas wystawnego wesela oraz brutalny atak w ogrodowym basenie. Dla mnie jako rodzica szczególnie ta druga scena okazała się dość traumatycznym przeżyciem, ponieważ bestia atakuje w niej małego chłopca (tym samym ponownie składając bezkompromisowy hommage „Szczękom”).

Co jeszcze zaliczymy na plus? Na pewno obecne w filmie żarty, które są autentycznie śmieszne – jak choćby te improwizowane przez Roberta Forstera na temat jego postępującej łysiny. Co ciekawe, ten motyw powrócił po latach w filmie „Jackie Brown” Quentina Tarantino. „Aligator” to obraz, który naprawdę potrafi na chwilę rozbawić, dać widzowi moment oddechu i przypomnieć, że obcujemy z czystą rozrywką. Film Lewisa Teague doskonale wie, czym jest i jaką ma spełniać funkcję. Ta produkcja to klasyczna historia z gatunku „człowiek kontra potwór”, ale o znacznie lżejszym kalibrze – z pewnością nie tak ambitna jak „Moby Dick” i nie tak efekciarska jak „Park Jurajski”, ale finalnie niezwykle satysfakcjonująca. Moim zdaniem jeszcze tylko jednemu horrorowi o zabójczym gadzie tak dobrze udało się utrzymać idealną równowagę pomiędzy komedią a grozą: mowa o pierwszej części serii „Aligator – Lake Placid” (1999) w reżyserii Steve'a Minera, o której jeszcze kiedyś chętnie napiszę.

A jakie są słabsze strony „Aligatora”? No cóż, filmowi na pewno nie zaszkodziłoby kilka dodatkowych milionów dolarów w producenckim budżecie. Prawdopodobnie powstałyby wtedy jeszcze bardziej widowiskowe sceny i lepiej zaprezentowałby się tak zwany money shot, w którym bestia wyrywa się spod ziemi, rujnując miejski chodnik. Niestety budżetowe cięcia dotknęły także ścieżkę dźwiękową. Obecna w filmie muzyka zupełnie nie zapada w pamięć. Tym większa szkoda, że oryginalnego score, który napisał sam James Horner (późniejszy twórca muzyki do „Titanica” czy „Obcego 2”), nie zdołano nagrać ze względu na jeden z wielu hollywoodzkich strajków.

fot. Łukasz Śmigiel 2025

Any last words? Scenariusz bardzo zgrabnie wyjaśnia, do kogo pierwotnie należał mały, spuszczony w toalecie Ramon oraz dlaczego dorosła bestia trafia akurat na to jedno, zupełnie nieprzypadkowe, luksusowe wesele. Koniecznie wytrzymajcie przed ekranami do świetnie rozegranych, trzymających w napięciu scen finałowych z bombą. I najważniejsze: szerokim łukiem omijajcie potwornie bezduszną, pozbawioną klimatu kontynuację pt. „Aligator 2: Mutacja” (1991). Oryginałowi z 1980 roku nie dorasta ona nawet do ogona.

Dla kogo nie jest ten film? Dla ludzi cierpiących na zaawansowaną herpetofobię i panicznie bojących się gadów. Powinny go unikać również osoby wrażliwe na sceny przemocy wobec zwierząt oraz dzieci – choć w tym miejscu warto od razu uspokoić widzów: żadne zwierzę ani tym bardziej żadne dziecko nie ucierpiało na planie tej niskobudżetowej produkcji.

„Aligator” otrzymuje ode mnie w pełni zasłużone 4,5 na 5 Bloody Mary.


ZOBACZ RECENZJĘ W WERSJI WIDEO NA YOUTUBE I SUBSKRYBUJ KANAŁ:



All rights reserved by Łukasz Śmigiel 2025.
Tekst, zdjęcia i grafiki by Łukasz Śmigiel.
No AI was used while making this blog.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Nightwatch", amerykański thriller z 1997 roku w reżyserii Ole Bornedala.

"Terrifier", amerykański slasher z 2016 roku w reżyserii Damiena Leone.

„House of Wax", amerykański horror (slasher, splatter, torture porn) z 2005 roku w reżyserii Jaume Collet-Serry.