„House of Wax", amerykański horror (slasher, splatter, torture porn) z 2005 roku w reżyserii Jaume Collet-Serry.

fot. Łukasz Śmigiel 2026

Fabuła: Grupa przyjaciół wybiera się na mecz do innego miasta. W czasie podróży trafia na atrakcję turystyczną – gabinet figur woskowych.

Jest to jeden z tych filmów, po których właściwie niczego się nie spodziewamy, a na koniec okazuje się, że seans był całkiem udany. Efekt finalny mógł być jednak słaby, ponieważ przy produkcji „House of Wax” podjęto wiele ryzykownych decyzji. Sprawdźmy, co uratowało tę produkcję.

Obraz Jaume Colleta-Serry to remake filmu o tym samym tytule z lat 50. z Vincentem Price’em w roli głównej. Tamto dzieło było niezwykle udanym, spektakularnym dreszczowcem z interesującymi scenami walk, niezłymi efektami specjalnymi i świetnym finałowym twistem (na dodatek jedną ze swoich pierwszych ról zagrał w nim Charles Bronson, podpisujący się jeszcze wtedy jako Charles Buchinsky). Film z 1953 roku w reżyserii André De Totha okazał się wielkim sukcesem – kosztował zaledwie milion dolarów, a zarobił dwadzieścia razy więcej. Sławę zdobył także dlatego, że wykonano go w unikalnej jak na tamte czasy technologii 3D. Produkcja z Price’em była z kolei remakiem thrillera pt. „Mystery of the Wax Museum” z 1933 roku (z Fay Wray, która zasłynęła rolą Ann Darrow w „King Kongu”), opartego na opowiadaniu „The Wax Works” Charlesa E. Beldena.

Niemal 60 lat później ten sam pomysł wzięła na warsztat fabryka filmów grozy – studio Dark Castle Entertainment (stworzone m.in. przez producenta Joela Silvera i reżysera Roberta Zemeckisa). Piszę, że to fabryka, ponieważ Dark Castle jeszcze przed „House of Wax” wypuściło remaki „House on Haunted Hill” (1999, reż. William Malone) oraz „13 Ghosts” (2001, reż. Steve Beck). Mając na koncie umiarkowane sukcesy finansowe poprzednich tytułów (choć najwięcej zarobiła „Gothika” z Halle Berry z 2003 roku w reżyserii Mathieu Kassovitza), włodarze Dark Castle zasugerowali, aby przy kolejnej produkcji przerobić należący do Warnera klasyk. Miał to być remake remake'u – dreszczowiec o ludziach zamienianych w woskowe rzeźby. Dark Castle chciało jednak zrobić z tej historii coś świeżego: mieszaninę slashera, splattera i torture porn.

I właśnie tutaj zaczyna się wyliczanie ryzykownych decyzji podjętych przy produkcji „Domu woskowych ciał”. Ktoś w studiu Joela Silvera uznał bowiem za sensowne, aby w filmie zagrała i zginęła... Paris Hilton (młoda celebrytka miała już wprawdzie za sobą debiut w horrorze, ale nadal słynęła głównie z głośnej sekstaśmy). Do obsady szybko dołączył także idol nastolatek – Jared Padalecki (rocznik 1982, o polskich korzeniach), znany później głównie z niezwykle popularnego serialu „Supernatural” (2005–2020). Twórcy odważnie zadecydowali, że przystojnego Padaleckiego należy w filmie czym prędzej poddać torturom, oszpecić i wyeliminować. Chcieli wykorzystać jego medialną popularność w podobny sposób, w jaki Wes Craven obszedł się z Drew Barrymore w słynnym „Krzyku” (1996).


fot. Łukasz Śmigiel 2026

Zanim jednak mordercy (podwójna rola Briana Van Holta) dopadną Paris i Padaleckiego, akcja „House of Wax” będzie rozwijała się raczej powoli. Pierwsze 40 minut filmu to dość długie wprowadzenie do typowego slashera z grupą nastolatków w rolach głównych. Niespieszne budowanie napięcia w pierwszym akcie, bez żadnych cięć i skrótów, może niestety na niektórych widzów działać odstraszająco. Zupełnie niepotrzebnie zrezygnowano też z całkiem mocnego, alternatywnego openingu. Obecnie jest on dostępny jedynie w materiałach dodatkowych na płycie DVD lub Blu-ray. W tej obiecującej, lecz wyraźnie niedokończonej scenie ofiara grana przez Emmę Lung ginie, przebijając głową przednią szybę samochodu (jej postać, ubraną w różową sukienkę, możecie wciąż zobaczyć w krótkim ujęciu przed wejściem do kina). Ten wycięty, typowo slasherowy początek prezentuje się dużo ciekawiej niż otwarcie, które ostatecznie wylądowało w wersji kinowej.

Trzeba więc poczekać, aż akcja nabierze tempa, ale kiedy to się stanie, „House of Wax” pozytywnie was zaskoczy. Koniec końców Jaume Collet-Serra dostarcza nam bowiem niezwykle intensywnych finalnych 70 minut krwawego horroru – swoistej wariacji na temat remake'u „The Texas Chain Saw Massacre” (2003, reż. Marcus Nispel) i „Saw” (2004, reż. James Wan). Motywy torture porn i splattera cały czas mieszają się tu jednak z rozrywkowym slasherem (i dobrze!). A zatem mniej więcej od połowy filmu zaczniemy śledzić losy final girl – w tej roli nieziemska Elisha Cuthbert („The Girl Next Door”, 2004, reż. Luke Greenfield). Grana przez nią Carly to inteligentna, wrażliwa i waleczna postać. W udany sposób partneruje jej Chad Michael Murray jako Nick – jej wykolejony brat bliźniak. Z początku trochę wkurzający, Nick szybko okazuje się bohaterem pozytywnym, który z pewnością spodoba się paniom. W ogóle w „House of Wax” zobaczymy wielu młodych, ładnych ludzi, którzy – co typowe dla slasherów – nieustannie pakują się w kłopoty.

Czarne charaktery bez trudu wciągają naszych milusińskich w pułapkę, a jest nią (dość nietypowo) sztuczne miasto, zapełnione poprzednimi ofiarami, których ciała zalano woskiem. Dlaczego władze nie zwróciły uwagi na tę widmową mieścinę? Szczególnie że leży ona przy głównej drodze stanowej i przyciąga uwagę turystów afiszami reklamującymi okoliczną atrakcję – tytułowy dom woskowych ciał. Jak to możliwe, że na przestrzeni lat zamordowano w tym miejscu tak wiele osób, a mimo to nikt wcześniej nie odkrył tajemnicy morderczych bliźniaków, Bo i Vincenta Sinclairów? No cóż, fabuła filmu jest dziurawa jak szwajcarski ser, ale powracająca co chwilę konwencja slashera sprawia, że szybko o tym zapominamy.

fot. Łukasz Śmigiel 2026

Przed ekran przyciąga nas także sprawna reżyseria Colleta-Serry, znanego później z serii bardzo dobrych thrillerów z Liamem Neesonem oraz horrorów (m.in. „Orphan” z 2009 i „The Shallows” z 2016 roku). Zadziwiająco dobrze sprawdza się również wspomniana wcześniej obsada. Nawet Paris Hilton daje z siebie wszystko – flirtując, biegając, krzycząc, aż wreszcie umierając w spektakularny sposób (mocno wykorzystano to zresztą w promocji filmu, produkując koszulki z napisem: „See Paris Die”).

Wrażenie robią klasyczne efekty specjalne. Na potrzeby większości ujęć zbudowano na australijskim odludziu makietę fikcyjnej mieściny. Jej unikalna architektura miała nawiązywać do afrykańskiego miasta Asmara, wzniesionego przez Włochów w latach 40. XX wieku. Sztuczek CGI widzimy w filmie niewiele. Z komputerów skorzystano mocniej dopiero w finale, gdzie w widowiskowy i bezpieczny dla aktorów sposób pokazano sceny z walącymi się budynkami. Wykonano miękkie, kleiste ściany, przygotowano setki woskowych kukieł i filmowych rekwizytów (chociaż łóżko, z którego nie może uwolnić się Elisha Cuthbert, stworzono akurat z masła orzechowego!). Dzięki temu wszystko, co widzimy na ekranie, wygląda niezwykle realistycznie. W efekcie o wiele silniej przeżywamy sceny z elementami splattera i torture porn. A jest co oglądać. Reżyser pokazuje nam dekapitacje, strzały wyrywane z ciał, obcięte palce i czaszki przebite stalowymi rurami (Paris Hilton!). Oglądając film Colleta-Serry, niemal fizycznie odczuwamy ból i cierpienie bohaterów. Moment, w którym Cuthbert rozrywa usta zaklejone superglue (aktorka prosiła o prawdziwy klej), albo ten, kiedy kumpel Padaleckiego zrywa wosk z jego twarzy i przypadkiem robi mu dziurę w policzku, odsłaniając ścięgna i kości... brrr! Wszystko to jest naprawdę mocne. W tych właśnie scenach „House of Wax” zdecydowanie bardziej zbliża się do serii „Hostel” (2005–2011) niż do „Piątku trzynastego” (1980–2009). 

Czuć, że osoby odpowiedzialne za scenariusz i zdjęcia rzeczywiście miały pomysł na tę produkcję. A może był to przypadek i wszystko zgrabnie dopasowano dopiero na stole montażowym? Nieważne, bo efekt końcowy uczynił ten obraz pozycją kultową. Całość dobrze dopełniają liczne fabularne smaczki. Filmowi mordercy są swego rodzaju mrocznym odbiciem dobrych bliźniaków – Carly i Nicka. Wrażenie robi scena z nożem, który rozcina głowy woskowych niemowląt, oraz końcowa sekwencja z pożarem muzeum, będąca ewidentnym nawiązaniem do filmu z Vincentem Price’em. Takich przemyślanych smaczków i easter eggów jest tutaj znacznie więcej, a ich odkrywanie na pewno umili wam powtórny seans.
fot. Łukasz Śmigiel 2026

Any last words? Warto zwrócić uwagę na filmowy soundtrack, na którym znajdziecie świetne zestawienie utworów m.in. The Prodigy (z Juliette Lewis), My Chemical Romance, Disturbed, Joy Division, The Stooges czy Marilyn Mansona. Nie pozostaje mi nic innego, jak szczerze polecić wam „House of Wax”. Po udanym seansie sięgnijcie śmiało po klasyk z 1953 roku (niedawno odrestaurowany na Blu-ray). Kto ciekaw, niech odszuka również odcinek serialu „Supernatural”, w którym Jared Padalecki spotyka Paris Hilton i oboje puszczają oko do widzów wiedzących, jak fatalnie skończyła się dla nich wizyta w „Domu woskowych ciał”.

Ciekawostka: Jak przyznał w kilku wywiadach sam reżyser, „House of Wax” jest podwójnym remakiem, a jego scenariusz nawiązuje do jeszcze jednego klasycznego horroru pt. „Tourist Trap” (1979, reż. David Schmoeller, z Tanyą Roberts w jednej z głównych ról), o którym opowiem wam przy innej okazji.

Dla kogo nie jest ten film? Osoby, które nie lubią kina grozy lat 2000. i wolą tradycyjne slashery, mogą mieć uczulenie na współczesny „House of Wax”. Momentami film jest bardzo brutalny, a pokazana na ekranie przemoc – nawet dziś – robi duże wrażenie. Jeżeli ktoś nie jest w stanie znieść scen z wyrywaniem brwi Jaredowi Padaleckiemu, powinien go za wszelką cenę unikać.

„Dom woskowych ciał” otrzymuje 5 na 6 Bloody Mary.


All rights reserved by Łukasz Śmigiel 2026.
Tekst, zdjęcia i grafiki by Łukasz Śmigiel.
No AI was used, while making this blog.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Nightwatch", amerykański thriller z 1997 roku w reżyserii Ole Bornedala.

"Terrifier", amerykański slasher z 2016 roku w reżyserii Damiena Leone.

"Aligator", amerykański horror (animal attack) z 1980 roku w reżyserii Lewisa Teague.