„Teksańska masakra piłą mechaniczną” (Remake), amerykański horror z 2003 roku w reżyserii Marcusa Nispela.
![]() |
| fot. Łukasz Śmigiel 2026 |
Fabuła: Lata 70. Grupa młodych ludzi wraca z wyprawy do Meksyku. Jadą busem na koncert Lynyrd Skynyrd, przemierzając pustkowia Teksasu. Po drodze spotykają autostopowiczkę, która wygląda na ofiarę gwałtu.
Remake kultowego filmu rzadko kiedy okazuje się sukcesem. Wprawdzie, wydaje się, że przy takim projekcie łatwiej o skuteczną promocję - bo tytuł ma już istniejącą fanbazę. Trudno jednak w nowatorski sposób opowiedzieć jeszcze raz to samo, nie bezczeszcząc przy tym szanowanego oryginału. Wyzwanie jest jeszcze większe, gdy w grę wchodzi nie tylko remake jednego filmu, ale próba restartu kultowej serii. Może się więc wydawać, że pomysł nakręcenia na nowo, słynnej „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera z 1974 roku, był z miejsca skazany na porażkę. Tym bardziej, że oryginał okazał się małym, szokującym, artystycznym eksperymentem, który do dziś porusza publiczność bezwzględnym realizmem i surowością wykonania. Na dodatek - kontynuacje pierwowzoru mocno wyeksploatowały całą koncepcję, eksperymentując na różne sposoby z (w sumie) bardzo prostym pomysłem, na historię o mordercy z piłą mechaniczną w ręku. Sam Tobe Hooper sięgnął po motywy komediowe w reżyserowanej przez siebie części drugiej. Trzecia odsłona okazała się niezbyt udanym powrotem do korzeni, a część czwarta, z Rene Zelweger i Matthew McConaughey, eksponowała absurd i groteskę.
Trudno było więc przewidzieć, jakiego rodzaju remake może nam zaproponować zupełnie nowa ekipa filmowców. Przy czym, już sam dobór tej ekipy wzbudzał uzasadnione emocje w fandomie grozy. Film miał bowiem wyprodukować, znany z blockbusterów - Michael Bay (m.in. „Transformers”, 2007), a reżyserem został Niemiec, twórca muzycznych teledysków (m.in. dla Spice Girls, Bryana Adamsa i Goerge’a Michaela) - Marcus Nispel (przy czym „Teksańska masakra” miała być jego kinowym debiutem). Żeby było ciekawiej - rolę głównej bohaterki, Erin - otrzymała, znana wówczas z komedii i serialowego tasiemca o życiu pewnej rodziny („7th Heaven”), Jessica Biel. Doprawdy, trudno było uwierzyć, że taki właśnie zespół, będzie w stanie nie tylko przywrócić do życia dogorywającą franczyzę z gatunku grozy ekstremalnej, ale też z powodzeniem, przedstawić ją nowej, masowej publiczności. A jednak – niemożliwe stało się faktem i film, zrobiony za niespełna 10 milionów dolarów, wkrótce po premierze, zarobił ponad 10 razy więcej, stając się najbardziej kasową odsłoną serii.
![]() |
| fot. Łukasz Śmigiel 2026 |
Trzeba przyznać, że ciężko zapracowała na to cała, niezwykła ekipa. Marcus Nispel, szukając pomysłu na swoją wersję historii o słynnym Letherface, nie zapomniał o dokonaniach Hoopera i kilka razy kłania mu się w remaku, ale (na szczęście) jako reżyser, podąża zupełnie inną drogą. Zamiast komentarza społecznego, czy czarnej komedii, postanowił po prostu przestraszyć publiczność i wbić widownię w fotel, dzięki niezwykle pomysłowym scenom grozy.
Wprawdzie, podobnie jak w oryginale, mamy tu otwarcie stylizowane na film dokumentalny. Pojawia się też motyw podróżujących przez stany przyjaciół oraz problemy z autostopowiczem. Poznamy również szaloną rodzinę Leatherfacea i wyłapiemy kilka filmowych smaczków, podebranych z filmu Hoopera, np. scena z wieszaniem ofiary na haku, czy specyficzne ujęcia bohaterek, zbliżających się do domu mordercy. Mimo tych odwołań do pierwowzoru, już od pierwszych minut filmu Nispela, widać, że mamy tu do czynienia z niezależnym, autorskim podejściem do tematu. Podpowiada to już sama kolorystyka i rewelacyjne zdjęcia, za które w remaku odpowiadał Daniel Pearl (zaczynający karierę od „Teksańskiej masakry” Toby’ego Hoopera!). Tym razem, zamiast ciepłych barw, na ekranie dominują tu brudne, przepalone i zimne kolory. Inna jest też praca kamery. U filmie z 1974 roku, mamy wrażenie, że za bohaterami podąża dokumentalista, który nie dba o perfekcyjne ujęcia. Akcja pokazana jest niekiedy z bardzo daleka, niechlujnie, trzęsącą się kamerą. Nispel i Pearl, znając się na estetyce muzycznych wideoklipów, wiedzieli za to, jak w remaku zagrać detalem. Niemiecki reżyser jest bardzo dokładny w tym, co robi. Nie spieszy się i w zdecydowany sposób prowadzi widownię przez długie, pieczołowicie zaplanowane sekwencje. Od początku czujemy też, że tym razem mamy do czynienia z wysokobudżetowym kinem grozy. Wszystkie pokazywane publiczności okropieństwa, szokują poziomem i jakością dopracowania. Kamera, która przepływa przez dziurę po kuli w głowie ofiary, pościg przez labirynt rozwieszonych w ogrodzie prześcieradeł, czy chłopak, którego stopa uderza w klawisze pianina - Marcus Nispel bezsprzecznie zna się na swojej robocie. Oglądając jego film, wydaje się, że zamiast horroru, reżyser serwuje nam, rozbudowany fabularnie klip, który nagrał dla grupy Slipknot.
Odpowiednie tempo akcji szybko wciąga nas w fabułę. Zaczynamy od solidnego uderzenia, aby później przez dwadzieścia minut poznawać charaktery bohaterów i chłonąć klimat teksańskiego odludzia - wszechobecnego zepsucia, pustki i pierwotnego brutalizmu. A gdy kolejne lokacje (sklep mięsny, stary tartak, koszmarny dom) podziałają już odpowiednio mocno na naszą wyobraźnię - zaczyna się akcja, która (podobnie jak w oryginale) nie zwalnia aż do samego końca. Nispel z tunelu strachu, zabiera nas na prawdziwie emocjonalny rollercoster w klimacie najlepszych slasherów. Jeżeli w pierwszym filmie Leatherfacea widzieliśmy ledwie przez kilka minut - tutaj mamy całe sekwencje pościgów, zmagań, brutalnych ataków i zabawy w kotka i myszkę z mordercą. Nowa wersja psychopaty, który zakłada na twarz skóry swych ofiar jest też dużo bardziej dosłowna. Mamy tu do czynienia z prawdziwym potworem - potężnym, głupim brutalem, jakby zwierzęcą wersją Jasona Vorheesa (którego postać Nispel weźmie na warsztat w filmie „Piątek 13. Remake”- polecanka tutaj).
![]() |
| fot. Łukasz Śmigiel 2026 |
Jeżeli w 3 części „Teksańskiej masakry” chciano pokazać zdeformowaną twarz Leatherfacea, ale cenzura ostatecznie na to nie pozwoliła – tutaj twórcy poszli na całość i zobaczycie wreszcie, co skrywa jego maska. W roli wariata z piłą wystąpił dobrze (choć w ostatniej chwili) dobrany do roli, Andrew Bryniarski. Dwumetrowy kulturysta, wcielający się wcześniej m.in. w postać Zangiefa w „Street Fighter Movie” (reż. Steven E. de Souza, 1994) i Lobo z krótkometrażowego „The Lobo Paramilitary Christmas Special” (reż. Scott Leberecht, 2002). Jego Leatherface jest dziką, nieokrzesaną bestią. Nie znającym zewnętrznego świata dziwolągiem. Wspomaga go zwariowana, do granic zepsuta rodzinka. I tu należy docenić mocną rolę Ronalda Lee Ermeya, który gra przyrodniego brata Letherface’a. W pewnym sensie, aktor rozwinął w „Teksańskiej masakrze” swoją słynną postać z filmu „Full Metal Jacket” (reż. Stanley Kubrick, 1987). Dzielnie partnerują mu, Marietta Marich w roli matrony szalonego rodu i Terrence Evans - niepełnosprawny wujaszek, zbok.
Z kolei, w drużynie tych „dobrych”, mamy równie wyrazistych - Kempera (Eric Balfour), typ spokojnego przywódcy i Morgana (Jonathan Tucker) - emocjonalnie rozchwianego inteligenta. Szkoda nieco dwóch innych postaci - Pepper (Erica Leershen) i Andiego (Mike Vogel), którym fabularnie na pewno nie zaszkodziłoby pozwolić na więcej. Wszyscy oni bledną jednak wobec charyzmy Jessiki Biel. Od razu wiemy, że jej postać (Erin) będzie tak zwaną „final girl” - nie dość, że dziewczyna ma żelazne zasady i własne zdanie na każdy temat, to jeszcze napędza akcję, pakując przyjaciół w coraz to nowe tarapaty. Jest przy tym naturalna i wiarygodna. Dzięki swojemu ikonicznemu ubraniu (biały top i jeansy-biodrówki) przykuwa oko, robi odpowiednie wrażenie swoją młodzieżową charyzmą i aż chce się za nią trzymać kciuki. Jej postać stopniowo dojrzewa do kolejnych wyzwań. Erin od początku ma potencjał i charakterek, ale sama jeszcze nie wie, na co ją stać. Dopiero przygoda z Letherfacem pozwoli jej rozwinąć skrzydła i sprawdzić jak silne drzemią w niej instynkty. Pod koniec filmu, Erin staje się już pełnoprawną slasherową heroiną.
Przejmujemy się losem wszystkich postaci, bo remake „Teksańskiej masakry”, choć wizualnie dopracowany - nie jest w żaden sposób ułagodzony. Wręcz przeciwnie, przez swoją dbałość o szczegóły, dużo mocniej gra na naszych emocjach. W pierwowzorze sporo rzeczy trzeba było sobie dopowiedzieć i samemu wyobrazić. Poruszająca była sama atmosfera filmu i dokumentalna konwencja opowieści. W remaku, reżyser nie bawi się w subtelności i podaje nam na tacy kolejne okropieństwa, a ich ilość, może niektórych przytłoczyć. Obcięte nogi i ręce, przestrzelone i rozbite czaszki, ciała nabite na haki i przerznięte łańcuchową Husqvarną (model pokazany w filmie akurat nie istniał w latach 70.). Bohaterowie są skazani na męki rodem z filmów typu torture porn, a my przeżywamy cierpienia razem z nimi.
„Teksańska masakra piłą mechaniczną” w wersji Nispela nie próbuje być niczym więcej, niż tylko poprawnie zrealizowanym horrorem i w tym właśnie skrywa się siła tego filmu. Groza nie zawsze musi bowiem komentować rzeczywistość. Czasami musi nas po prostu porządnie przerazić. I taki właśnie jest ten film. To technicznie znakomicie zrealizowany, nieco teledyskowy „przerażacz”, zrobiony za duże pieniądze. Szkoda tylko, że, aby wybronić się przed przed kinową kategorią wiekową „R” - kilka scen trzeba było złagodzić i przyciąć. Na szczęście, dziś możemy je bez problemu obejrzeć w postaci bonusów na różnych wydaniach płyt Blue-Ray/DVD. Przydałaby się jednak pełnoprawna, reżyserska wersja filmu, wzbogacona o tych kilka dodatkowych kawałków mózgu i cięć mechaniczną piłą (patrz dodatkowa scena z Morganem). Zupełnie niepotrzebnie wycięto także niektóre dialogi pomiędzy Erin i Kemperem, które ładnie wzbogaciłyby wersję extended filmu. Ich wycięta rozmowa w czasie spaceru, mądrze domyka kilka wątków (np. zaręczyny i przywiązanie Erin do dzieci). Poza tym, trudno się tu do czegoś przyczepić, a kilka filmowych sekwencji na pewno na dłużej pozostanie wam w pamięci, np. Letherface w nowej masce, który powoli odwraca się do Erin albo zabawa w chowanego w rzeźni (niektóre z wiszących na hakach zwierząt były prawdziwe).
![]() |
| fot. Łukasz Śmigiel 2026 |
Podsumowując: Remake „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” nie próbuje być lepszym filmem od oryginału Toby’ego Hoopera. Jest to po prostu inna wersja tej samej historii, która, używając nowoczesnych technik, pokazuje nam coś, czego jeszcze w przypadku tej serii, nie widzieliśmy.
Kto nie powinien oglądać tego filmu? Osoby wrażliwe na bardzo plastycznie pokazane sceny cierpienia, tortur i okaleczeń. Wielbiciele i wielbicielki teksańskiej wsi. Osoby, które nie mogą znieść widoku rzeźni i zwierzęcego mięsa.
Last words? Warto zobaczyć całkiem pomysłowy trailer, nakręcony przez samego Michaela Baya i sceny dodatkowe, o których pisałem. Rzućcie także okiem na teledysk z piosenką „Suffocate” zespołu Motograter, nagraną na potrzeby całkiem przyzwoitego soundtracku (na którym znalazły się także utwory: Pantery, Fear Factory, czy Morbid Angel).
PS. Choć film rzeczywiście nawiązuje do historii o seryjnym mordercy (Ed Gein), Leatherface nigdy nie istniał.
„Teksańska masakra piłą mechaniczną 2003” - otrzymuje 5 z 6 Bloody Mary.
All rights reserved by Łukasz Śmigiel 2026.
Tekst, zdjęcia i grafiki by Łukasz Śmigiel.
No AI was used, while making this blog.




Komentarze
Prześlij komentarz