"Hatchet", amerykański slasher z 2006 roku (z elementami splattera i czarnej komedii) w reżyserii Adama Greena.
![]() |
| Fot. by Łukasz Śmigiel 2025 |
PLOT: Dwaj szkolni kumple (Ben i Marcus) przybywają do Nowego Orleanu, aby porządnie zabawić się w czasie karnawału. Imprezowanie ma sprawić, że jeden z nich zapomni o miłosnym zawodzie. Po pewnym czasie, chcąc odpocząć od ulicznych tańców i picia, przyjaciele wyruszają na wycieczkę łodzią po okolicznych bagnach.
Aż trudno uwierzyć, że od premiery tego filmu minęło już prawie 20 lat. „Topór” miał być objawieniem kina grozy i swego rodzaju powrotem na salony, klasycznego, amerykańskiego horroru. Na okładce pudełka z filmem dumnie napisano, że nie jest to żaden remake, ani sequel, czy też - aktorska wersja anime. A zatem - mamy tu do czynienia z oryginalnym pomysłem, bez odcinania kuponów. I choć hasła marketingowe są zwykle mocno na wyrost - w tym wypadku wszystko się zgadza. Pomimo niewielkiego budżetu (około 1,5 miliona dolarów), „Topór” pokazał coś nowego jeśli chodzi o slashery i faktycznie osiągnął sukces. Nie było tego być może widać w mieszanych opiniach krytyków w 2006 roku, ani w wynikach kinowego Box office (film trafił jedynie do ograniczonej liczby kin), ale jeśli chodzi o zaangażowanie fanazy w tak zwany cult following - to jak najbardziej. Polała się krew. Gdyby nie fani - pomysł Adama Greena (scenarzysty i reżysera), nie doczekałby się aż trzech kontynuacji, a z perspektywy lat, wyraźnie widać, że „Topór” skutecznie uwiódł amerykańską widownię. Z samych tylko wypożyczeń filmu w USA, obraz zarobił w trzy tygodnie po premierze na DVD przeszło 6 milionów dolarów, a później dalsze 8 i pół miliona ze sprzedaży na tradycyjnych nośnikach. Kiedy piszę te słowa, cykl Greena zamyka film, pt. „Victor Crowley” z 2017 roku, a całą serię dodatkowo uzupełnia komiks i cameo z innego horroru Greena, pt. „Frozen” (2010).
Okładka „Hatchet” może jednak odrobinę wprowadzać w błąd. Po pierwsze - nie ma tu mowy o czymś nowym jeśli chodzi przedefiniowanie samego gatunku. Każdy element tej filmowej układanki grozy doskonale znamy. „Topór” to pełnokrwisty slasher, który po prostu znacznie ubarwia konwencję. Po drugie, film Greena jest swego rodzaju ryzykownym eksperymentem. Nie odważę się tutaj na jednoznaczne porównanie z kultowym „Krzykiem” z 1996 roku (którego, sam Wes Craven nigdy nie chciał nazywać postmodernistycznym), niemniej - także i tu wyraźnie wyczuwamy potrzebę wyśmiania zużytych schematów slasherów lat 90. Zaznaczam jednak, że Craven, mając taki a nie inny dorobek i doświadczenie - zrobił film bardzo inteligentny, wynosząc swoją meta-opowieść na zupełnie nowy poziom. Tymczasem „Topór” jedzie po bandzie, uciekając w camp, splatter i czarną komedię.
I chociaż film Greena nie stanie się już raczej nigdy klasykiem pokroju „Krzyku”, zdecydowanie warto sprawdzić, za co pokochali ten obraz fani. „Topór” wyróżnia się niewątpliwie zgrabnym backstory wprowadzającym postać Victora Crowleya, czyli naczelnego potwora całej serii (ośmioletniego Greena straszono podobno pierwowzorem tej postaci na letnim obozie). W przeciwieństwie do wielu innych slasherów, „Hatchet” stosunkowo szybko przedstawia nam jego legendę. A jest to intrygująca, tragiczna historia o zemście. Dowiadujemy się, że przed laty, grupa wrednych dzieciaków z małego miasteczka w Luizjanie prześladowała zdeformowanego, chorego chłopca imieniem Victor. Łobuzy niczym w scenie z „Frankensteina” podpalają jego dom, a na ratunek synkowi spieszy zdesperowany tato (w tej roli niezastąpiony Kane Hodder, odtwórca Jasona z „Piątku 13”, który wciela się później także w postać dorosłego Crowleya-potwora). Ojciec stara się wyłamać siekierą drzwi palącej chaty, w której uwięziony jest chłopiec i... pechowo zabija własne dziecko.
Dzięki magii voodoo – zdeformowany, zabity przez ojca, Victor Crolwey, już jako dojrzała wariacja na temat potwora Frankensteina - powraca do swej siedziby na bagnach i zaczyna mordować każdego, kto wpadnie mu pod topór. Victor staje się złośliwym upiorem, wykonawcą ojcowskiej klątwy rzuconej na bagnistą okolicę Luizjany.
Tym, co dodatkowo odróżnia „Topór” od innych slasherów, są także interesujące, filmowe lokacje. Oglądamy tajemnicze moczary, gdzieś nieopodal Nowego Orleanu i bagniste wysepki w dorzeczu Missisipi, które pomagają zbudować nastrój zagrożenia i tajemnicy. Wprawdzie, wyraźnie zabrakło pieniędzy na bardziej przekonujące, plenerowe ujęcia, ale pokazane nocą mokradła Luizjany i tak wydają się dużo ciekawsze, niż klasyczne Camp Crystal Lake z „Piątku 13” (S. Cunningham, 1980). Także zagubieni na tym odludziu bohaterowie mają w sobie coś intrygującego. Nie chodzi tu o psychologiczną głębie ich charakterów, ale właśnie o to, że są równie kreskówkowi, co przestrzeń, w której się poruszają.
W historię wprowadzają nas dwaj szkolni kumple – Ben i Marcus, którzy mieli zamiar zabalować w Nowym Orleanie, ale zbiegiem okoliczności przyłączają się do wycieczki po okolicznych bagnach. Nieformalnej drużynie przewodzi Azjata , który udaje lokalsa, a galerię postaci uzupełniają - kręcący erotyk producent filmowy i jego dwie aktorki, starsze małżeństwo z Minnesoty i tajemnicza dziewczyna, Marybeth (która przybyła w to miejsce nie bez powodu).
Wszyscy aktorzy i aktorki z łatwością weszli w niemalże, komediowe, slapstikowe role i widać, że dobrze bawili się podczas kręcenia filmu (Kane Hodder użyczył nawet reżyserowi swojego sprzętu do scen z motorówką). To właśnie dobrze dobrana obsada sprawia, że w „Toporze” udaje się rzecz trudna - a mianowicie, rozsądne połączenie splatterowego horroru z komedią. Jest to spore wyzwanie, szczególnie przy wielu scenach wypełnionych przemocą, w których krew leje się litrami, a kamera pokazuje nam coraz to bardziej pomysłowe morderstwa. Szlifierka, która zrywa połowę twarzy? Proszę bardzo. Odrąbywanie kończyn, wyrywanie organów i ścinanie głów? Nie ma sprawy. Okrucieństwa są widowiskowe i wiarygodnie przedstawione - bo choć na planie brakowało pieniędzy, to wszystkie efekty są praktyczne, a CGI użyto tylko do wymazania linek, czy mikrofonów na etapie postprodukcji.
Green zestawia brutalną jatkę z czarną komedią. Bawi nas zagranie z dzwonkiem na telefon, który wygrywa melodię ze słynnego, młodzieżowego serialu „Jezioro marzeń” (występowała w nim, pojawiająca się w „Toporze” aktorka i Playmate - Mercedes McNab). Śmieszny jest motyw z ukrywającym się w krzakach szopem, czy wielokrotne wymiotowanie na jednego z bohaterów... Brzmi to może głupio, ale jest dobrze zagrane i finalnie - całkiem zabawne. Zmuszający nas do śmiechu aktorzy, Joel David Moore (Ben), czy Parry Shen (przewodnik wycieczki, Shawn), niejeden raz grali zresztą w komediach, a partnerujący im Deon Richmond (Marcus), to stały bywalec telewizyjnych sitcomów. Widząc, co ich spotyka na ekranie, być może nie chichramy jak na gilgotkach, ale też nie odwracamy wzroku z niesmakiem. Campowy humor w „Toporze” działa całkiem nieźle, odwołując się do klasyki komedio-grozy w rodzaju „Abott i Costello spotykają Frankensteina” (reż. Charles Barton, 1948). I za to udane połączenie horroru ze slapstickiem, należą się pochwały dla scenarzysty i reżysera - Adama Greena. Prawda jest bowiem taka, że dobrą komediową scenę nierzadko trudniej napisać niż cały horror. Fanbazę grozy szybko jednak uspokajam - „Topór” nie jest pastiszem w rodzaju „Strasznego filmu” (reż. Keenen Ivory Wayans, 2000). Obecny tu humor jest czarny niczym pogrzebowy kir.
Klimat opowieści dobrze budują także wybrane utwory z soundtracku. Z jednej strony mocno uderza w nas „This Is The New Shit” w wykonaniu Marylina Mansona, a z drugiej, dobrze kontrastuje z tą ścianą hałasu, klasyczna piosenka country, pt. „Jambalaya” napisana przez Todda Caldwella. Muzyka sprawia, że momentami „Topór” mocno kojarzy się z wariacją na temat przygód Scoobiego-Doo, ale taką, którą zrobiono dla dorosłej widowni kina grozy. Wprawdzie nie ma tu postaci dzielnego psa-detektywa, ale cała reszta, czyli perypetie młodych ludzi, którzy na bagniskach uganiają się za potworem w masce i chcą rozwiązać mroczną zagadkę - zgadza się co do joty.
Podsumowując, „Hatchet” to udana mieszanina splattera, slashera i czarnej komedii, która kolejny raz opowiada to samo, ale w nieco bardziej dowcipny, świeży - niemal postmodernistyczny sposób.
Kto nie powinien oglądać „Topora”? Ludzie, którzy nie tolerują wisielczego humoru oraz publiczność, nie rozsmakowana w scenach pełnych krwi i flaków. Uwaga! W filmie zobaczycie też kilka sekund nagości, ale jest ona sprytnie umotywowana scenariuszem.
Any last words? Film warto mieć w kolekcji, ale wystarczy Wam DVD w wersji uncut (minuta flaków więcej) z dźwiękiem dts. Blue-ray niestety zbyt wyraźnie pokazuje mały budżet filmu. Jeżeli obraz wam się spodoba - można spróbować za jednym razem obejrzeć część pierwszą, drugą i trzecią - bez odchodzenia od telewizora. Cykl Greena tworzy bowiem zadziwiająco spójną, czterogodzinną opowieść.
PS. W „Toporze” wystąpili gościnnie także znani i lubiani - Robert Englund (Freddy Kruger) oraz Tony Todd (Candyman). A wszystko to sprawia, że „Hatchet” dostaje 4,5 z 6 Bloody Mary.
All rights reserved by Łukasz Śmigiel 2025.
Tekst, zdjęcia i grafiki by Łukasz Śmigiel.
No AI was used, while making this blog.



Komentarze
Prześlij komentarz