„Innocent Blood”, amerykański komedio-horror z 1992 roku w reżyserii Johna Landisa.
Fabuła: Tajemnicza Marie wybiera się do włoskiej dzielnicy Pittsburgha w poszukiwaniu... przygody. W tym samym czasie, działający pod przykrywką detektyw Joe Gennaro, próbuje znaleźć haki na mafijnego bossa - Sala „Rekina” Macelliego.
Ten film to prawdziwie zapomniane dzieło. W swojej unikalnej kategorii (inteligentnego komedio-horroru), obraz niemal doskonały. Zacznijmy jednak od początku. Reżyser John Landis, którego znamy z takich klasyków jak „An American Warewolf in London” (1981), czy przełomowy wideoklip „Thriller” (1983) do piosenki Michaela Jacksona miał kłopoty na początku lat 90. Po kasowej wpadce, którą był „Oscar” z Sylwestrem Stallone z 1991 roku, Landis starał się na początku lat 90. o możliwość zrealizowania zupełnie autorskiego projektu... o śpiewających wampirach z Las Vegas. Reżyser był jednak sukcesywnie zniechęcany do tego pomysłu przez hollywoodzkich producentów. Przeglądając, różne podrzucone mu propozycje, Landis niespodziewanie natrafia jednak na scenariusz do „Innocent Blood” i niemal z miejsca go akceptuje. Co ciekawe, skrypt okazał się, jak dotąd, jedynym dziełem niejakiego Michaela Wolka (który ma w filmie małe cameo). I choć niedoświadczony scenarzysta z pewnością nie pisał „Innocent Blood” z myślą o twórcy „An American Warewolf in London”, to zaproponowana przez niego historia, idealnie wręcz pasuje do jego stylu.
Landisowy jest tu nieoczywisty miks gatunków - horroru, komedii i kina gangsterskiego. A filmowa opowieść zdaje się kibicować pomysłom Stephena Kinga, który zwykł doradzać młodym autorom i autorkom, aby brali na warsztat jakiś oczywisty motyw grozy - np. wampiryczny i wykorzystywali go możliwie niekonwencjonalnie. U mistrza były np. wampiry na Dzikim Zachodzie albo wampir pilot samolotu. Wolk w swoim scenariuszu zestawia tymczasem wampiryzm, ze światem włoskiej mafii działającej na ulicach Pittsburgha lat 90. Komedia nie musi mieć zwykle zanadto wiarygodnej fabuły. I rzeczywiście, w „Innocent Blood” wszystko jest mocno przerysowane. Miasto, w którym rozgrywa się akcja, włoscy mafiozi i uganiająca się za nimi policja. Wszyscy są jak by żywcem wyjęci z nakręconej kilka lat później „Rodziny Soprano”, ale takiej w krzywym zwierciadle (część obsady pojawiła się zresztą w tym właśnie serialu). Landis bawi się schematami kina gangsterskiego. Przypomina nam sceny i postacie z innych filmów, ale pokazuje swój świat, zestawiając wizualnie dopracowane obrazki, jakby żywcem wyjęte z muzycznego teledysku.
Przerysowany jest więc zajadający się pastrami z czosnkiem, szef mafijnej organizacji, główny czarny charakter – Sal „The Shark” Macelli (w tej roli niezawodny Robert Loggia, którego pamiętamy choćby ze znakomitego „Człowieka z blizną”). Komiksowy jest także jego zaufany kierowca Lenny (Danny Proval), który gubi śledzące go samochody, w scenie, niemal żywcem wyjętej z „Ojca Chrzestnego”. Do tej dwójki świetnie pasują równie stereotypowi - cyngiel Tony (Chazz Palminteri), który namiętnie słucha Sinatry oraz, próbujący załagodzić wszelkie spory, cwany prawnik - Manny Bergman (Don Rickles). Bohaterów drugiego planu jest zresztą całkiem sporo i Landis bardzo sprytnie - zamiast opowiadać ich wszystkie backstory, dobrał do ich ról bardzo charakterystycznych aktorów i aktorki. Są to mistrzowie od grania mimiką twarzy i różnymi manierami (zwróćcie np. uwagę na scenę, w której kierowca Lenny, zdejmuje gips z nogi. Co za uśmiech!). Jednego z policjantów zagrał Luis Guzman (m.in. Gomez Addams z „Wednesday”). Szybko rozpoznamy także Kima Coatesa znanego z „Synów Anarchii” albo Tony’ego Sirico, który grał m.in. w „Chłopcach z ferajny”.
Frajdę sprawią nam także liczne gościnne występy. Angela Bassett to klasa sama w sobie, ale na ekranie niespodziewanie zobaczymy także m.in., reżysera Sama Raimiego, speca od efektów, Franka Oza (m.in. Yoda z „The Empire Strikes Back”, 1980, reż. Irvin Kershner), mistrza charakteryzacji Toma Saviniego, kultowego reżysera grozy – Dario Argento, czy słynnego pisarza i redaktora, Foresta J. Ackermana. W filmie znalazły się również sprytnie poutykane, kinowe cameo z legendarnymi - Christopherem Lee, Peterem Cushingiem i Alfredem Hitchcockiem (tego ostatniego pokazano w scenie z jego własnego filmu, w którym również miał on… cameo). Czuć zatem, że Landis sam świetnie się bawi własną opowieścią i cały czas porozumiewawczo puszcza do nas oko, przypominając, że „Innocent Blood” to wyjątkowy film, przy produkcji którego miał zupełnie wolną rękę i robił, co chciał.
Ciekawie prezentują się także postacie pierwszoplanowe. Najważniejsza jest oczywiście, wampirzyca Marie, grana przez Anne Parillaud (wcześniej, m.in. kultowa „Nikita”, 1990, reż. Luc Besson). Landis zaryzykował i pozwolił francuskiej aktorce mówić po angielsku z wyraźnym akcentem, co dodaje jej uroku i tajemniczości. Marie jest wampirzycą, choć słowo wampir ani razu w tym filmie nie pada. Jest przy tym zupełnie inna od stereotypowego Draculi. Nie ma w sobie nic z drapieżnej bestii. To raczej typ Holly Golightly, stale w podróży, która cały czas szuka szczęścia. Ma swoje słabości, jest wrażliwa i popełnia błędy. Posiada zasady – np. nie pije tytułowej „Innocent Blood”. Jeśli musi, korzysta z nadludzkich zdolności, ale mimo to, wciąż jest bardzo ludzka. Aby żyć, potrzebuje miłości emocjonalnej i fizycznej. Jej delikatna sylwetka baletnicy, krótkie włosy i twarz o oczach podwórkowego rozrabiaki – magnetycznie przyciągają nas przed ekran i sprawiają, że gdy ona się uśmiecha, my uśmiechamy się razem z nią.
Dziewczynie dzielnie partneruje detektyw Joseph Gennaro (Anthony LaPaglia) – zwykły gość. Policjant wykończony pracą pod przykrywką, który wciąż musi bratać się z gangsterami. Niby twardziel, ale w środku miotany emocjami wrażliwiec. Jest sympatycznym, zestresowanym everymanem, który znalazł się w niezwykłej sytuacji. Jeśli trzeba, potrafi być wybuchowy i odważny, ale żaden z niego Eastwood, czy Bronson... i bardzo dobrze. Otoczeni rysunkowymi postaciami – Joseph i Marie, muszą być ludzcy i wiarygodni. Ich nieustanne spory i scena, w której detektyw uczy się jak zaufać wampirzycy... dzięki kajdankom - są zabawne i urocze. Bohater grany przez LaPaglię żyje wśród chaosu oraz przemocy, poszukując spokoju ducha, ale czy odnajdzie go u boku pozytywnie zbzikowanej Marie? Landis musiał mieć naprawdę dobrego nosa do aktorów i aktorek, bo fantastycznie dobrał ich do poszczególnych ról.
Dzięki mocnej obsadzie, film szybko wciąga, a poczynania bohaterów, nie przestają nas intrygować. A poza tym w fotelu trzyma nas klasyczny motyw z romansów, czyli przyciągające się przeciwieństwa i odwieczne pytanie - czy tych dwoje może być razem? W kino gangsterskie i zimowy romans ze śpiewającym Sinatrą w tle, zgrabnie wpleciono elementy grozy i fantastyki, które niekiedy zaskakują plastyczną brutalnością. Wszystko to, dzięki oszczędnym, praktycznym efektom specjalnym, które dobrze się zestarzały. Ataki wampirów potrafią być naprawdę widowiskowe. Krew bryzga na szyby i ściany, a makijaż i charakteryzacja potworów – stoją na najwyższym poziomie. Landis wykorzystuje efekty specjalne, aby bawić się mitologią krwiopijców. Marie nie ma problemu z odbijaniem się w lustrach, ale od osikowego kołka, groźniejszy jest dla niej strzał w głowę. Jej bohaterka nie znosi czosnku i nie przepada za mocnym światłem, ale krucyfiksy, czy woda święcona, w ogóle nie mają dla niej znaczenia (vide scena z lataniem po kościele). Jej nadludzkie zdolności, reżyser pokazuje raczej oszczędnie. Jeśli Marie fruwa, to kamera pokazuje po prostu widok z jej oczu. Dziewczyna może wprawdzie jedną ręką zawisnąć na lampie, czy wyłamać potężnym ciosem, zamek w drzwiach, ale do takich scen nie trzeba komputerowych efektów, które mogą popsuć nam klimat nieco teatralnej produkcji.
Reżyser woli robić na nas wrażenie bardziej subtelnymi zagraniami. Różne nastroje u wampira, wystarczy przecież pokazać zmieniającymi się kolorami oczu. Są jednak sceny, w których Landis wyraźnie poszedł na całość i nie pożałował nam plastycznej ekspresji. Na przykład cała sekwencja, w której adwokat Manny, rozpada się pod wpływem słonecznego światła, to prawdziwy wizualny majstersztyk. Przyczepić można się chyba tylko do jednej z finałowych scen, w której płonącego kaskadera, ewidentnie wspomogły, dość kiepsko wyglądające po latach, sztuczki CGI. W ogóle finał tej uroczej historii, wydaje się trochę przyspieszony, ale koniec końców - reżyser ładnie spina wszystko jeszcze jedną wymianą zdań pomiędzy dwójką sympatycznych bohaterów, a na napisach, odpala świetną piosenkę grupy Rhythm Syndicate („I Wanna Make Love To You”). I tu dodajmy, że soundtrack ładnie broni się jako całość i obok kompozycji Iry Newborna, czy piosenek Sinatry, podrzuca nam także klasyk Jackie Wilsona („Night”), czy zremiksowane „Gett Off” z repertuaru Prince’a.
Podsumowując – „Innocent Blood” to dzieło unikalne, odważne i świetnie wykonane. Dzięki zabawie różnymi konwencjami, film Landisa pokazuje nam sympatyczne i zabawne oblicze grozy, trzymając równie wysoki poziom, co inne, bardziej doceniane, wampiryczne produkcje z tamtych lat – w rodzaju „Fright Night” (1985, reż. Tom Holland), czy „Lost Boys” (1987, reż Joel Schumacher). Jest to jeden z filmów, które bezsprzecznie zasługują na status „cult following”.
Dla kogo nie jest „Innocent Blood”? Doprawdy, trudno mi powiedzieć. Może dla ludzi, którzy nie lubią komedii? A może dla tych, którzy maja rumieńce przy kilku scenach (umotywowanej scenariuszem) nagości? Filmu nie polecam również przeciwnikom Sinatry (jeśli tacy istnieją). Pozostali, mogą jednak oglądać dzieło Landisa w ciemno. I to pomimo tego, że traktuje ono o wampirach…
Any last words? Uważajcie na ocenzurowaną i krótszą wersję dostępną na niektórych wydaniach DVD. Omijajcie także polskie wydanie o tytule „Krwawa Maria”. Warto poszukać znakomitego alternatywnego plakatu z filmu, który od czasu do czasu pojawia się w Internecie.
Innocent Blood otrzymuje 5,5 z 6 Bloody Mary
All rights reserved by Łukasz Śmigiel 2025.
Tekst, zdjęcia i grafiki by Łukasz Śmigiel.
No AI was used, while making this blog.




Komentarze
Prześlij komentarz