SUPLEMENT, czyli lista rezerwowa: „Elvira, władczyni mroku”, amerykańska komedia grozy z 1988 roku w reżyserii Jamesa Signorellego.
![]() |
| fot. Łukasz Śmigiel 2025 |
Fabuła: Tytułowa Elvira to ekscentryczna prezenterka, która prowadzi swój autorski program telewizyjny poświęcony horrorom klasy B. Show prezentuje opowieści w stylu kultowych dzieł Rogera Cormana (fragment jednego z jego filmów – „It Conquered the World” z 1956 roku – otwiera zresztą całą historię). Po nagłej zmianie szefostwa wierna swoim zasadom bohaterka z hukiem traci pracę. Nie poddaje się jednak i planuje zgromadzić pieniądze na własne, spektakularne show w Las Vegas. Niespodziewana śmierć dalekiej krewnej przynosi niespodziewane rozwiązanie. Ciotka pozostawia jej bowiem tajemniczy spadek: zrujnowaną willę rodem z klasycznego horroru, niezwykłą księgę kucharską oraz... ekscentrycznego psa. Kłopot w tym, że spadek czeka na nią w malutkim, konserwatywnym miasteczku daleko na południu Stanów Zjednoczonych.
Szybkie wyjaśnienie: Aktorka Cassandra Peterson rzeczywiście stworzyła na potrzeby prawdziwego programu telewizyjnego pt. „Elvira's Movie Macabre” niezwykle wyrazistą postać gotyckiej prowadzącej o imieniu Elvira. Opisywany tutaj film kinowy opowiada o fabularyzowanych losach tej fikcyjnej ikony popkultury.
Co może się wydarzyć, jeżeli za jeden obraz odpowiadają James Signorelli (reżyser związany z „Saturday Night Live” oraz „Akademią Policyjną 2”) oraz Sam Egan (scenarzysta głośnej biografii Johna Lennona „Imagine: John Lennon”)? Opcje są tylko dwie – albo ich wspólne dzieło okaże się wielką finansową niespodzianką, albo... spektakularną wtopą w box office, która z czasem zyska gigantyczny cult following.
„Elvira, władczyni ciemności” (1988) jako hollywoodzki projekt miała potężnego pecha. Nie dość, że od początku nie była filmowym arcydziełem, to jeszcze studio stojące za produkcją całkowicie położyło jej dystrybucję kinową oraz promocję. Co ciekawe, początkowo film miał reżyserować młody Tim Burton (który rzeczywiście mógłby uczynić tę opowieść absolutnie wyjątkową), a z castingu na różnych etapach odpadli między innymi Vincent Price oraz Brad Pitt. Być może gdyby te trzy wybitne nazwiska zostały zaangażowane do pracy przy filmie o Elvirze, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Tak się jednak nie stało. W zamian otrzymujemy niezbyt mądrą, ale całkiem zgrabnie zrealizowaną, slapstickową komedię grozy – obraz, który bez kompleksów można postawić na jednej półce obok „Rodziny Addamsów” (1991) Barry'ego Sonnenfelda i „Soku z żuka” (1988) wspomnianego już Tima Burtona.
![]() |
| fot. Łukasz Śmigiel 2025 |
Trzeba przyznać, że postać Elviry – wymyślona i brawurowo zagrana przez Cassandrę Peterson – jest absolutnie jedyna w swoim rodzaju. Bohaterka posiada ikoniczny look oraz wyjątkowy, bezkompromisowy charakter. Charakterystyczna, czarna peruka, suknia drapieżnie eksponująca dekolt (który zresztą jest w filmie swego rodzaju leitmotivem) i cięty język tworzą unikalną, drapieżną wariację na temat słynnych pań z rodu Addamsów: Morticii oraz Wednesday. Mnie osobiście Elvira kojarzy się także z Cher oraz Dolly Parton – i to nie tylko ze względu na warunki wizualne, ale też potężne umiejętności wokalne oraz taneczne. I choćby dla samej, magnetycznej kreacji Peterson bezwzględnie warto ten film zobaczyć.
Obraz kosztował jak na tamte lata całkiem niemało, bo ponad siedem milionów dolarów, jednak w trakcie seansu szybko staje się jasne, że dodatkowe fundusze na produkcję zdecydowanie by nie zaszkodziły. Mocne, dynamiczne otwarcie, w którym Elvira prowadzi odjechanego Forda Thunderbirda z 1959 roku, w tle malowniczo wybucha stacja paliw, a z głośników płyną typowe dla epoki, ejtisowe hity – wszystko to skutecznie przekonuje nas, że zaraz zobaczymy widowisko na miarę pierwszych „Pogromców duchów” (Ghostbusters, 1984) Ivana Reitmana. Niestety kinowa Elvira tylko w niektórych sekwencjach wznosi się ponad standard przyzwoitego skeczu telewizyjnego. A wielka szkoda, ponieważ w scenariuszu ukryto wątki, które można było mądrze rozwinąć zarówno od strony fabularnej, jak i wizualnej.
Niezwykle ciekawy jest na przykład motyw tego, jak szalona i wyzwolona Elvira totalnie rozbija purytańską społeczność małego amerykańskiego miasteczka, błyskawicznie przeciągając na swoją stronę znudzoną młodzież. Intrygująco wypada również podtekst „mądrej czarownicy” i uniwersalny wątek bycia wiernym samemu sobie – niezależnie od tego, jak surowo ocenia nas otoczenie. Wszystkie te obyczajowe smaczki są obecne w skrypcie, jednak reżyserowi zabrakło albo odwagi, albo producenckich pieniędzy, aby odpowiednio je wyeksponować.
Zamiast mądrej, wielowarstwowej komedii otrzymujemy więc zgrabnie zmontowany slapstick z kilkoma przyzwoitymi efektami specjalnymi, które jednak (ponownie, niestety!) nie przebijają poziomu telewizyjnych „Muppetów”. Całość okazuje się jednak niezwykle miła w odbiorze, nie nudzi ani przez moment i co chwilę urzeka widzów unikalną nutką burtonizmu przepuszczonego przez pstrokate filtry wczesnego MTV. I za każdym razem, gdy zbieramy się już do tego, aby westchnąć z politowaniem i wywrócić oczami, Elvira robi lub mówi coś tak absurdalnie zabawnego, że nie pozwala nam oderwać się od ekranu.
Dlatego, choć nie ma potrzeby wpisywania tego tytułu na listę przedśmiertnych must see, warto po niego sięgnąć chociażby ze względu na tę cudowną, burtonowską manierę. Zapewniam, że w czasie seansu będziecie się głośno śmiać przynajmniej kilka razy. Co więcej, niektóre świetnie zainscenizowane sceny – jak choćby ikoniczny już taniec w stylu „Flashdance” (1983), dramatyczna sekwencja z płonącym stosem, finałowe starcie z czarnym charakterem czy wreszcie finałowy, pełen blichtru pokaz w Las Vegas – z pewnością na dłużej zapiszą się w Waszej pamięci. Elvira od początku nie pretenduje do miana wielkiego, ambitnego dzieła. To po prostu niezwykle zgrabna, mroczna komedia z 1988 roku, która miała potencjał na osiągnięcie o wiele, o wiele większego sukcesu.
![]() |
| fot. Łukasz Śmigiel 2025 |
Co ciekawe, wiele lat po premierze Elvira powróciła na ekrany w jeszcze bardziej kameralnej kontynuacji pt. „Elvira i Nawiedzone Wzgórza” (2001) w reżyserii Sama Irvina. Także i ten film wyraźnie pokazuje, że wykreowana przez Cassandrę Peterson postać – znana dziś również z serii komiksów oraz gier wideo – niezmiennie zasługuje na znacznie więcej uwagi ze strony wielkich studiów.
Dla kogo nie jest ten film? Dla ludzi, których łatwo urazić niewyszukanym, slapstickowym humorem, wszechobecną ironią oraz dwuznacznymi aluzjami. Powinny go unikać także osoby przesadnie wrażliwe na tematykę okultyzmu, drapieżne suknie z głębokim dekoltem oraz... różowo farbowane pudle.
Any last words? Moim zdaniem Władczyni Mroku powinna śmiało przekazać popkulturową pałeczkę młodszej następczyni, a jej dziedzictwo musi być rozwijane, ponieważ Elvira jest kulturze grozy po prostu niezwykle potrzebna. Tylko ona potrafi w tak rozbrajający sposób zapowiadać karkołomne produkcje w stylu „Ataku pomidorów zabójców” (1978). Elvirę można śmiało nazwać zwariowaną ciotką Ozzy’ego Osbourne’a i rodzoną kuzynką Alice’a Coopera. Myślę, że byłaby absolutnie wymarzoną partnerką dla Beetlejuice’a, a skoro w świecie komiksów spotyka samego hrabiego Draculę oraz H.P. Lovecrafta, to w jej uniwersum wszystko jest możliwe. Koniecznie postawcie ten tytuł na swojej półce obok innych klasyków z tamtych lat.
„Elvira, władczyni ciemności” otrzymuje ode mnie zasłużone 4 na 6 Bloody Mary.



Komentarze
Prześlij komentarz