„Piątek 13” (Remake), amerykański slasher z 2009 roku w reżyserii Marcusa Nispela.
![]() |
| fot. Łukasz Śmigiel 2025 |
Fabuła: Clay Miller (w tej roli Jared Padalecki) wyrusza na poszukiwania swojej zaginionej młodszej siostry. Bohater nie ma pojęcia, że trop doprowadzi go na opuszczony i zapomniany leśny kemping Crystal Lake.
„Piątek trzynastego” z 2009 roku w reżyserii Marcusa Nispela to nowoczesna wersja klasycznej historii opowiadającej o krwawych morderstwach popełnianych na terenie legendarnego obozu młodzieżowego Camp Crystal Lake. Wizytówką i twarzą tego cyklu jest potężny psychopata w masce hokejowej z maczetą w dłoni – Jason Voorhees. Seria ma niezwykle długą tradycję, sięgającą początku lat 80. Jeżeli cykl horrorów „Halloween” (1978–2022), a przynajmniej jego pierwszą część, możemy uznać za grozę bardziej przerażającą, wysublimowaną i psychologiczną... to seria „Piątek trzynastego” (1980–2009) okazuje się tasiemcem zupełnie innego pokroju.
Kolejny już raz w naszych spotkaniach z horrorem mamy do czynienia z produkcjami, które idealnie wpisują się w tradycję amerykańskiego kina samochodowego (drive-in). Są to obrazy stworzone na randki i do wspólnego krzyczenia ze strachu w grupie znajomych. „Piątek trzynastego” (1980) Seana S. Cunninghama od samego początku oferował krew, flaki, erotykę, przemoc, przerysowane postacie i czarny, czasami dość niewybredny humor. Seria wystartowała w dość przemyślany sposób jako tanie kino autorskie, a pierwsza część posiadała fantastyczny twist w finale. Im dalej jednak w las, tym gorzej dla fabuły. Koniec końców reszta cyklu niespecjalnie klei się pod względem scenariusza czy spójności narracji, a kolejne wcielenia Jasona z czasem stawały się żartem samym w sobie. W całym tym tasiemcu są oczywiście części lepsze i gorsze (i niewątpliwie jeszcze o kilku z nich napiszę), ale tym razem chciałam polecić nieco zapomniany i chyba trochę niedoceniany remake z 2009 roku.
Film zrobiono za naprawdę porządną kasę (kilkanaście milionów dolarów), a wsparcie producenckie zapewnił sam Michael Bay (znany z takich hitów jak „Transformers” czy „Bad Boys”). I tę drastyczną różnicę w budżetowej jakości widać na ekranie od razu. Uwagę zwraca znakomite oświetlenie oraz bardzo dobrze przemyślane i zaprojektowane lokacje – ze szczególnym uwzględnieniem podziemnych tuneli pod „rezydencją” Jasona. Nawet wielkie pieniądze nie uratowałyby jednak kiepskiego scenariusza, ale i od tej strony film broni się nad wyraz dobrze. Oczywiście nie jest to arthouse'owa „Substancja” (2024) Coralie Fargeat z Demi Moore, wyczekiwani „Grzesznicy” (2025) Ryana Cooglera czy któryś z zaangażowanych społecznie obrazów Jordana Peele’a... ale przecież zupełnie nie tego spodziewamy się po krwawym tasiemcu z cyklu „Piątek trzynastego”.
Co zatem zrobiono dobrze? Przede wszystkim, choć to „tylko” slasher, rzetelnie zadbano o postacie. Wszyscy bohaterowie mają prostą, czytelną motywację dla swoich działań. Prawie każdej z postaci poświęcono kilka cennych scen na tzw. character building, dzięki czemu dość szybko zaczynamy się zastanawiać, kto z tej ekipy przeżyje, a kto skończy marnie. Jak na slasher przystało, mamy tu do czynienia ze zbiorem stereotypowych, ale świetnie odegranych bohaterów i bohaterek. Poznamy więc typowego zamożnego dupka (samozwańczego przywódcę stada), wrażliwą dziewczynę oraz zdeterminowanego brata, który za wszelką cenę stara się odnaleźć zaginioną siostrę. Będzie też obowiązkowy duet komediantów i puszczalska piękność. W slasherach oczekujemy dokładnie takiej galerii osobliwości, z czego zresztą w ujmujący sposób naśmiewa się znakomity horror „Dom w głębi lasu” (2012) w reżyserii Drew Goddarda, który już teraz gorąco Wam polecam.
Drugi potężny filar tego filmu to sam Jason Voorhees, fenomenalnie zagrany przez Dereka Mearsa. Morderca z Crystal Lake jest wielki i silny, ale momentami także na swój sposób dziecięco wrażliwy oraz zagubiony. Posiada własne terytorium, którego będzie zażarcie bronił przed intruzami. Przypomina przez to bezwzględnego komandosa, maszynę do zabijania niczym John Rambo, który kompletnie oszalał w głuszy. To dziki człowiek lasu działający pod dyktando potężnych, traumatycznych obsesji. Jego motywacja wydaje się klarowna od pierwszych minut seansu, kiedy to pierwszorzędnie wykorzystano motyw psychotycznej relacji z matką. W tym obrazie Jason rzeczywiście ma realny powód do krwawej zemsty. Jest głęboko okaleczony psychicznie oraz fizycznie, a jego postać nigdy wcześniej nie była tak sensownie rozpisana w scenariuszu. Wielkie brawa należą się Mearsowi, który pod maską bezwzględnego zwyrodnialca potrafił odnaleźć i zasygnalizować coś przerażająco ludzkiego. Jason w tym filmie jest jak niszczycielska lawina – nie do zatrzymania. Jednak po raz pierwszy w historii cyklu jesteśmy w stanie tę lawinę jako tako zrozumieć.
Co jeszcze zasługuje na pochwałę? Jak wiemy, slasher ma przede wszystkim dostarczać czystej rozrywki. Ma za zadanie zająć naszą głowę silnymi emocjami i odsunąć od nas problemy dnia codziennego. Jednak bodźców nie może być zbyt wiele, aby zbyt szybko nas nie zmęczyły. Klasyczny straszak mierzy się więc z trudnym wyzwaniem: łatwo może stać się niezamierzoną parodią własnego gatunku albo grozi mu przeobrażenie w balansujący na granicy dobrego smaku, nużący splatter bądź męczące torture porn. Twórcom „Piątku trzynastego” z 2009 roku udało się jednak fantastycznie utrzymać idealną równowagę pomiędzy wszystkimi składowymi tej filmowej formuły.
Jeśli czekacie na pomysłowe morderstwa, to uspokajam – są obecne, bo być po prostu muszą. Niektóre z nich zaplanowano niezwykle plastycznie i widowiskowo. Szukacie niespodziewanych zwrotów akcji? Mamy to. Pierwsze piętnaście minut filmu to jeden wielki, potężny zwrot akcji. To zresztą dość ryzykancki pomysł na otwarcie, no bo jak tu później utrzymać wysoki poziom napięcia wśród widowni... ale ryzyko w większości całkowicie się opłaciło. A co z nawiązaniami do klasyki całego cyklu? Również są na miejscu. Film w zasadzie co chwilę mruga okiem do najwierniejszych fanów i fanatyczek serii. Zobaczymy więc inwalidzki wózek z poprzednich części, słynny, zakrwawiony sweter pani Voorhees czy ikoniczny motyw z brutalnym morderstwem w śpiworze. Scenarzyści bardzo dokładnie przemyśleli, co podebrać z pierwszych czterech czy pięciu klasycznych filmów i zmieścić w tej jednej skondensowanej ekranizacji, nie powodując przy tym fabularnego przesytu. I na szczęście nie zrobiono tego na zasadzie prostackiego, wykrzyczanego prosto w ekran cytatu, jak to miało miejsce w przypadku nieszczęsnego „Obcego: Romulusa” (2024).
Wreszcie, aby ten restart się udał, trzeba było dołożyć do historii coś świeżego – rozbudować backstory i wyprostować fabularne błędy poprzedników. To znowu było ryzykowne zagranie, ale i w tym wypadku twórcy doskonale wiedzieli, co robią. W prosty sposób wyklarowano relację Jasona z matką, która wcześniej rzadko kiedy mogła znaleźć dla siebie należyte miejsce. Od razu wyjaśniono, skąd w ogóle wzięła się ikoniczna hokejowa maska mordercy (nakręcono nawet dwie alternatywne wersje tej sceny, aby mieć pewność, która sprawdzi się lepiej w montażu). W końcu stało się również jasne, jakim cudem Jason potrafi być tak piekielnie szybki i bez przerwy zaskakiwać ofiary, pojawiając się przed nimi niemalże spod ziemi.
Podsumowując: Jeżeli chcecie zacząć swoją przygodę z serią „Piątek trzynastego” albo w ogóle z rasowymi slasherami – spokojnie sięgnijcie po remake z 2009 roku. Film nakręcono w pełni zgodnie z gatunkową sztuką, za naprawdę duże pieniądze, a scenariusz jest uczciwie przemyślany i nie przeradza się niespodziewanie ani w tanią satyrę, ani w pretensjonalny kinowy eksperyment.
Dla kogo nie jest ten film? Bez wątpienia powinny go unikać osoby wrażliwe na wszechobecną krew, flaki, nagość oraz brutalną przemoc.
Any last words? Do pełni szczęścia zabrakło chyba tylko bardziej wyrazistego, zapadającego w pamięć soundtracku i... drugiej, równie porządnej części, której fani przez spory prawne nigdy się nie doczekali. Film zdecydowanie warto jednak dołączyć do domowej kolekcji fizycznych wydań. W tym wypadku szczególnie mocno polecam Wam zagraniczne wydanie Blu-ray w wersji „Killer Cut”. Znajdziecie w nim znacznie więcej krwi, jeszcze więcej nagiego ciała i bezkompromisowej ekranowej rozróby.
„Piątek trzynastego” (2009) otrzymuje ode mnie wysokie i w pełni zasłużone 5,5 na 6 Bloody Mary.



Komentarze
Prześlij komentarz